Komu let's, temu go!

Blog gromadzi ulotne spostrzeżenia, które nachodzą nas przy porannej kawie. Czytamy, oglądamy, przysłuchujemy się, mierzymy, próbujemy porządkować. Qltywator ma być narzędziem, które przeczesuje dziki gąszcz zjawisk w kulturze i w przestrzeni miasta.

Opinie tylko subiektywne.
Dwie pary rąk śmiertelnych z zamiarem upamiętnienia.
Bierzcie na wynos.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 września 2013

"Mamo. Bólu. Rozłąko"

Ile odwagi trzeba, żeby napisać śmierć? W jakich szkołach zdobywać wiedzę, żeby nauczyć się jej na pamięć, uodpornić na jej wątpliwy sens, uporządkować wspomnienia? Czy jest taka religia, która unieśmiertelnia w słowie?

Nie wiem nic o Annie Augustyniak. A w zasadzie niewiele. Ostatecznie nie ma to znaczenia. Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi. Jeśli autorkę utożsamić z narratorką „Kochałam, kiedy odeszła”, dowiadujemy się, że towarzyszyła odejściu swojej matki. Przez długi czas. Mama przez dwadzieścia lat i trzy miesiące chorowała na raka piersi z przerzutami do kości. Książka jest zapisem wspomnień z ostatniej drogi, wzajemnego uczenia się siebie i bolesnej lekcji stawiania pytań najprostszych.
Książka jest utkana z cierpienia własnego i odchodzącej matki. I z pamięci, która jest tym, co wydaje się, że zapomnieliśmy. I dlatego boli. Wyrzutem, że „innej drogi do wieczności nie ma. Tylko po trupach”. I hołdem złożonym Tej, która urodziła.

„Kochałam, kiedy odeszła” to również dyskusja z Bogiem. A ta, jak wiemy, wymaga odpowiedniego doboru słów. Augustyniak sięga zarówno po święte księgi, psalmy, modlitwy, teksty kultury i popkultury. Spłowiałe klisze językowe odżywają na kartach tej książki i znów blakną w obliczu utraty kogoś, komu się życie zawdzięcza. Bo przecież swoje ciało zawdzięczamy innemu ciału. Bez niego nie ma życia, przez nie staje się śmierć. Choć tak kruche i na cierpienie podatne, jest tym, dzięki czemu określamy siebie jako ludzi. Nieznośny fizyczny ciężar odchodzenia otwiera nam skrzypiące drzwi metafizycznych znaczeń.
Kiedy jednak pojawia się śmierć, i język zdaje się zamierać. Matka leśmianowsko zaistniewa w okruchach, obrazach, szczątkach i fantomach: „Cieni wypatruję na schodach, naściennych migotań, nagłych skrzeń między szybami w oknach. Oczekuję twojego przyjścia w nowiu. (…) W każdej formie cię chcę, tylko nie umarłą”. Wspomnienia bronią się przed złowieszczą fizjologią, powieleniem pamięci ciała, które przegrało nierówną walkę z rakiem. Cielesna powłoka prowadzi na drugą stronę, ale jednocześnie jest tym, co w doczesnym życiu najbardziej ukochaliśmy. Daje poczucie prawdziwego istnienia, potwierdza je, ale gwarantuje nam też, że ze śmiercią jednak w jakimś sensie przegramy. Smutny, piekący, cielesny paradoks.

W centrum wspomnień znajduje się Matka, żywicielka, obecna od początku, istniejąca nawet wtedy, kiedy już jej nie ma: „moja cielesność jest boska. Żeby nie pozostała w ukryciu, matka musiała umrzeć.” Namaszczona kobiecością matka jest wywyższona i poniżona. Jej ciało daje życie, ale i daje śmierć. Nie traci przy tym jednak nic ze swojej boskości. Takie spojrzenie, zarówno pozbawione nadmiernego sentymentalizmu, jak i brutalizacji, przypomina konwencję „W imię Matki” autorstwa Erriego de Luki, włoskiego pisarza, którego zaledwie dwie książki możemy przeczytać w języku polskim. W jego książce ciało Miriam nie tylko jest tymczasowym mieszkaniem Zbawiciela, jest przede wszystkim ludzką własnością, choć i ludzkim przekleństwem.

Forma książki przypomina trochę cykl trenów, trochę dziennik, trochę wspomnienia z podróży. Wpisuje się w nurt literatury funeralnej, starej jak ludzkość, a przez to wiecznie żywej. Przykłady można mnożyć, tak jak mnożą się śmierci. Bo każda jest niesprawiedliwa, jeśli dotyczy ukochanej osoby. Począwszy od „Trenów” Kochanowskiego, przez Różewicza „Matka odchodzi”, aż po rozdzierającą książkę napisaną po śmierci ukochanej córeczki Holendra P.F. Thomese „Cień dziecka” rozpościera się literacki całun, który ma ukoić stratę. Jednym z najcenniejszych i najbardziej przejmujących świadectw oswajania śmierci, czyli przeżywania żałoby, jest „Smutek” Clive'a Staplesa Lewisa, w Polsce znanego jako autora „Kronik Narnii”. Dla mnie najważniejszym wnioskiem, który zapamiętałam z jego wspomnień po śmierci żony, było zdanie „częścią każdego cierpienia jest cień lub odbicie tego cierpienia; fakt, że nie tylko cierpisz, ale także musisz wciąż o tym myśleć.” To paradoks: „Kochałam, kiedy odeszła” zdaje się pełnić funkcję terapeutyczną, ale bez powtórnego przeżycia bólu i wspomnienia bólu nie ma rekonwalescencji. Musi być zwielokrotniony, przeżyty każdego dnia na nowo, w każdym wspomnieniu, w każdym przebłysku nieustannej obecności, w pojedynczym wyrzucie sumienia, że można było zrobić więcej i lepiej. Cudom towarzyszą cierpienia, ale cierpieniu nie zawsze cuda. Jak na zbawienie czeka się na rozdarcie nieba, apokaliptyczne trąby, pęknięcie ziemi. A tu tylko cisza, słońce, powtarzalne czynności pogrzebowe i żadnych światowych zgliszcz. Całopalenie, ciało-palenie, gorączka oczekiwania i bezsilności – to odczucia pojedyncze, nienazwane i nieopisane, a mimo tego wspólne. Każdy z nas przeżywał kiedyś żałobę, każdemu wydaje się pojedynczym końcem świata, a tymczasem niebo takie tragedie wchłania od wieków błękitnym okiem. „Kochałam, kiedy odeszła” jest także zapisem skargi na nieuchronność ludzkiego losu.

Widać tu rękę reportera, ale i humanisty, który gniewa się, że lata w bibliotekach nie dają właściwego oręża do słownej walki z tym, co nieuniknione. Zapis odprowadzania własnej matki i współodczuwanie w jej drodze krzyżowej wymagają wielkiej odwagi i ciągłego podważania krawędzi bolesnej rany. Z drugiej strony to niezbędne, żeby ją oczyścić, odchodzenie w sobie przepracować, „stworzyć z materii cierpienia/ rzecz albo osobę”. Przed założeniem Rzymu i po założeniu pękała skóra, otwierały się rany, za Rembrandta i za Moneta przeprowadzano mniej lub bardziej udane amputacje, ból wciąż szarpał i rozrywał na strzępy, a pomoc drugiego człowieka nie była w stanie przekroczyć progu nadziei cierpiącego. O tym także jest ta książka.

Jak to jest, że cierpienie wieńczy wszystkie intymne relacje międzyludzkie i jest ceną, jaką płacimy za nasze prawo do miłości? Tę książkę trzeba sobie dozować. Z różnych powodów. Przewaga literatury nad śmiercią polega na możliwości wyboru. Cierpienie z kolei wymaga większej odwagi niż śmierć. Poruszające, odważne, prawdziwe świadectwo tego, co nazywamy człowieczeństwem. 

Anna Augustyniak, "Kochałam, kiedy odeszła", Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2013. 

niedziela, 19 maja 2013

53 wojny i jedna



„Miłość z kamienia” Grażyny Jagielskiej to porażająca swoim spokojem opowieść o miłości w czasach medialnej zarazy.

Wojciech Jagielski jest jednym z najbardziej utytułowanych i nagradzanych polskich dziennikarzy i korespondentów wojennych. Jego relacje z wojen w Czeczenii, Afganistanie, z zamieszek na Bliskim Wschodzie i w Afryce zna niemal cały świat. Książka „Miłość z kamienia” Grażyny Jagielskiej pokazuje, że swoje sukcesy redaktor Wojciech zawdzięcza nie tylko doskonałemu warsztatowi, wiedzy i doświadczeniu. Jego zawodową tożsamość wyznacza częściowo biografia jego żony. To ona w wyniku udziału męża w 53 wojnach trafiła do zakładu zamkniętego z objawami stresu bojowego. Żona, nie mąż.

Przejmująca, intymna opowieść o rodzinnej tragedii balansuje na granicy wspomnień rodzinnych i rozpaczliwych prób zachowania pozorów harmonii i bezpieczeństwa. Żona na powitanie męża gotuje zupę pomidorową, podaje siekane kotlety z cielęciny i niby to przypadkiem zauważa, że mąż ma przestrzelony plecak. Sama urządza kolejne mieszkania, rozpaczliwie poszukując spokojnej działki z grządką nasturcji, namiastki rodzinnego ogniska, którego nie zniszczy żadna wojna. W międzyczasie w mieszkaniu pojawiają się jednak nieproszeni goście – opowieści o ofiarach wojny materializują się, jak katowana Taja i rozsadzają dom od wewnątrz, jak sprawnie podłożona mina.
Rytm życia Jagielskiej przez wiele lat wyznaczała tymczasowość – chwilowe mieszkanie, umeblowanie, urządzenie. Podczas nieobecności męża i nieustannego strachu o jego życie namiastkę tego, czego najbardziej potrzebuje każdy człowiek, dawała przestrzeń między kuchenką a szafką w kuchni, z towarzyszącymi jej domowymi zwierzętami. Większość czasu kobieta spędzała w zaułkach domu, jak ukryta przed strzałem, osłonięta przed eksplozją. Bliskość podłogi miała ją chronić od wybuchu wiadomości o śmierci męża. Każdy telefon był jak zerwana zawleczka granatu: „w końcu jednak zawsze podnosiłam słuchawkę, mimo grozy, jaką budził we mnie ten dźwięk, mimo że rozrywał powietrze na strzępy, robił sobie we mnie korytarze”.
Historia miłości i przywiązania dwojga humanistów staje się polem rozrachunkowym z przestrzenią wspomnień, tęsknot, żalów i zwierzęcego strachu, który każdego dnia ogarniał Grażynę.

Książka Jagielskiej zapewne częściowo pełniła dla autorki funkcję terapeutyczną. Zastanawiam się jednak, jak musiało boleć ją wyrywanie z siebie opiłków pamięci, składanie opowieści, scalanie rzeczywistości, porwanej na strzępy przez kolejną misję. Siła rażenia tej opowieści tkwi w jej nieprzebranym spokoju narracji, rozpaczliwie próbującej uporządkować rzeczywistość tak, jak robi to kochająca żona.
To nie tylko poruszająca, wielowątkowa opowieść współczesnej Penelopy o samotności, wyobcowaniu, walce z depresją, tęsknotą i poczuciem, że jest się ważniejszym niż zawodowe spełnienie. Jagielska doskonale rozumie, że jest istotną częścią, jeżeli nie warunkiem misji męża. Kiedy wybrała się do Czeczenii, znalazła się w środku płonącego miasta, w centrum wydarzeń, okazało się, że Wojciech nie może pracować, bo panicznie boi się o bezpieczeństwo żony: „Przykro mi. Przy tobie nie umiem ryzykować. Twoja obecność mnie ogranicza. Myślę o twoim bezpieczeństwie, a nie o tym, co powinienem robić. Przestaję być dziennikarzem. Jeśli będziemy pracować razem, już nic mi się nie uda”.
W ten sposób książka staje się również niebezpośrednim oskarżeniem wymogów współczesnych mediów i wpływu wielkich korporacji na człowieka. O decyzjach wydawcy w domu Jagielskich mówi się jak o tych bez odwołania i ostatecznych. Matka Agora wie zawsze najlepiej. Na pierwszym miejscu jest żądny materiału wydawca, później niezaspokojony czytelnik, w tle wielka ambicja świetnego zawodowca. Kiedy Grażyna wybrała się na misję z Wojciechem, tak opisuje niezwykły mechanizm uzależnienia od misji, którego doświadczył zapewne każdy korespondent wojenny: „Przeciągnęło mnie na tamtą stronę, tak ja mówił Wojtek. To było kuszące, ale straszne. Po tej drugiej stronie jest inaczej. Robisz coś zupełnie nieodpowiedzialnego, głupiego albo szalonego, a wszyscy biją brawo, mówią, jaki jesteś wspaniały, nagradzają cię. Stajesz się kimś wybitnym. Miałam wrażenie, że żyję pełnią życia, jeszcze długo po powrocie, może właśnie po powrocie najbardziej. Potem już nigdy tego nie doświadczyłam, takiego nasycenia, jakby nie było we mnie najmniejszego pustego miejsca, żadnego poczucia braku.”

Nienaganna narracja, poetyckie spojrzenie wrażliwej i jednocześnie silnej kobiety, której przenikliwość i dar obserwacji nadają tej książce charakter intymnego zwierzenia i poetyckiego, choć gorzkiego reportażu z czasów wojny. Cenna jest również refleksja o sensie i celu współczesnego dziennikarstwa, a także granicach etyli w działaniach reportera ukazane z perspektywy ich bliskich: „Ryzykujemy życie, żeby zdobyć takie chwile, cudze momenty bólu, jak kolekcjonerzy. (…) Żyliśmy z wojny i strasznych opowieści, z tego, co się stało Tai, choć jej historia nigdy nie została opisana. I ryzykowaliśmy życiem, szczęściem bliskich dla zwykłej dziennikarskiej zdobyczy. Tego chyba nie wolno robić”.
Takich książek nie wolno pomijać.

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym, Znak, Kraków 2013.

Gra w mitologię




To nie jest tak, że nie wiem, co sądzić o tej książce. To kolejne wielkie dzieło genialnego Coetzee, choć arcydziełem nadal pozostaje dla mnie "Hańba". Chyba najlepszym określeniem tego, jakie miałam refleksje po skończeniu lektury, jest poczucie bycia wpuszczoną w maliny. Ale chyba na tym właśnie polega słodycz chruśniaka.

Miasto bez nazwy, czasy nieokreślone, ani utopia, ani antyutopia. Do plus-minus miasta portowego przybywa Simón z sześcioletnim Davidem. Mężczyzna nie jest jego biologicznym ojcem, zostali uratowani z obozu, a opiekun chłopca postawił sobie za cel odnalezienie matki malca. David jest niezwykły: widzi i czuje więcej niż nie tylko rówieśnicy, ale także dorośli. Ma bujną wyobraźnię, zaskakuje umiejętnościami i przenikliwością umysłu. Nie rozumie logiki liczb, widzi je pojedynczo, recytuje z pamięci "Króla olch" Goethego (w oryginale!), a o sobie mówi "Ja jestem Prawdą". Wierzy głęboko, że Don Quixote z książki istnieje naprawdę, a między kartkami może otworzyć się szczelina, która otwiera inną przestrzeń. W świecie bez pragnień, w atmosferze tłumienia potrzeb i wymagań, dwaj podróżnicy zaczynają życie od nowa: bez wspomnień, dawnych zasad, w atmosferze obezwładniającej stagnacji. "Rzeczy tutaj nie mają odpowiedniego ciężaru" - mówi jeden z bohaterów i taki jest właśnie świat portowego miasteczka. Bez nagłych porywów serca, bez smaku i esencji - mieszkańczy żywią się głównie chlebem z margaryną, nie przyprawiają potraw, zaspokajają tylko podstawowe potrzeby, regularnie tłumiąc inne, wyższe, w myśl zasady "Chcemy więcej niż jesteśmy warci." W ramach dodatkowej rozrywki i wypełnienia wolnego czasu uczęszczają np. na zajęcia z psychologii, na których studiują istotę krzesła i stołu. Na wszelkie udogodnienia są odporni, wszelkim nowościom przeciwni. Czas drepcze w miejscu, religia nie istnieje, przestrzeń szatkują podobne do siebie osiedla mieszkaniowe.
Simón zatrudnia się w porcie i ciężko pracuje fizycznie. Opiekuje się chłopcem, jak może, ale jednocześnie szuka dla niego matki. Kiedy wreszcie znajduje tajemniczą Ines, na pewno nie przypomina ona Boskiej Matki. Chociaż - kto może wiedzieć, jaka była Maria, Matka Jezusa? Przecież wypowiedziała w Biblii raptem jedno zdanie.
Odtąd Simon, Inez i David zaczynają funkcjonować trochę jak rodzina - dorośli muszą stanowić o losie niezwykłego chłopca, który rozsadza wszystkie ramy, szczególnie programu szkolnego. Mimo że nie łączy ich nic oprócz odpowiedzialności za dziecko, relacje między nimi zaczynają przypominać typowe relacje rodzicielskie.

Biblijna historia rodziny z Nazaretu nie jest jednak jedynym kluczem interpretacyjnym, a w zasadzie ostatnim, który może sens książki objaśnić i zamknąć w konkretnych ramach (choć to powieść odarłoby z woalu opalizacji). Gdyby nie tytuł, pewnie zupełnie inne zagadnienia wysunęłyby się na plan pierwszy.

Pierwszym takim istotnym zagadnieniem jest kreacja ludzkiej potrzeby - sens potrzeby zmiany i poprawy warunków bytowych. Pytanie o pragnienia i ich istotę zajmują bodaj czołowe miejsce w problemach poruszanych przez noblistę. Dopóki Simon ma pod opieką Davida, walczy o wygody dziecka, sycący posiłek, ciepły, bezpieczny dom, edukację. Wierzy, że samoobrona to nie walka, a naturalny instynkt, wzorowo wypełnia obowiązki opiekuna i mentora. Kiedy Inez przejmuje opiekę nad Davidem, decyduje się na jakiś czas zerwać kontakty z mężczyzną i w całości skupić się na poznawaniu i wychowywaniu chłopca. Wówczas Simon gaśnie i wycofuje się na jakiś czas z życia społecznego. Jego nieustanna cicha obecność jest jednak niezbędna do prawidłowego rozwoju chłopca.
Naturalnie związana, choć nienaturalnie utworzona rodzina mimo przeszkód zaczyna w wielkich trudach poznawać się i budować konstelację współzależności.

Dla mnie najważniejszym wątkiem w powieści jest relacja ojciec-syn, nauczyciel-uczeń, dorosły opiekun-bezbronne i niesamodzielne dziecko. I przede wszystkim rola mężczyzny w życiu każdego młodego człowieka. Simon mówi:
"Bo wiesz, w porównaniu z matkami ojcowie nie są zbyt ważni. Matka wydaje cię na świat. Karmi mlekiem. Trzyma cię w ramionach i chroni. Natomiast ojciec może być niekiedy typem wędrowca, jak Don Quixote, nie zawsze obecnym wtedy, gdy go potrzebujesz. Pomaga przy powołaniu cię do życia, na samym początku, a potem rusza dalej. Zanim przyjdziesz na świat, on już może zniknąć za horyzontem, w poszukiwaniu nowych przygód. Dlatego właśnie mamy ojców chrzestnych - zaufanych, statecznych ojców chrzestnych - i wujków. Tak więc gdy ojciec jest nieobecny, istnieje zawsze ktoś, kto zajmie jego miejsce, na kim może się oprzeć".

Język hipnotyzuje, spokojna narracja wciąga, choć niepokoi - Coetzee jest mistrzem opowieści. Ani utopia, ani antyutopia nie zagwarantują nam ucieczki z naszego świata. Nie jest może jedynym możliwym, ale najlepszym, na jakim przyszło nam żyć. Dopóki mamy pragnienia. Wspaniała lektura na uduchawiający weekend.

J.M. Coetzee, Dzieciństwo Jezusa, przeł. Mieczysław Godyń, Znak, Kraków 2013

sobota, 18 maja 2013

Welcome in Ciemnogród




Joanna Bator należy do najzdolniejszych i najbardziej przenikliwych polskich pisarek. Myślałam, że po obsypanej nagrodami „Piaskowej Górze” żadna jej powieść nie rzuci już na kolana. Z radością donoszę, że po lekturze „Ciemno, prawie noc” zaniemówiłam. Z zachwytu.

Alicja Tabor, reporterka, przybywa do Wałbrzycha, swojej rodzinnej miejscowości, żeby napisać reportaż o zaginięciu trojga dzieci. Będzie musiała zmierzyć się nie tylko z rosnącą społeczną frustracją i ciemnymi zagadkami historii, ale także fanatycznymi mieszkańcami okolic Zamku Książ, zanurzonymi w oparach mesjanistyczno-narodowej histerii. Reporterka o pseudonimie „Pancernik” stawia czoła swojej przeszłości: tajemnicy samobójczej śmierci ukochanej siostry, zaginięciu ojca i mrocznej historii matki. Opowieść osadzona jest w niesamowitej i pełnej mrocznych zakamarków przestrzeni Wałbrzycha i zabytkowego Zamku Książ, po którym w XIX wieku przechadzała się Księżna Daisy. Podziemne tunele kryją do dzisiaj nie tylko zagadkę planowanej budowy twierdzy Hitlera: to tu Niemcy mordowali Żydów, Rosjanie gwałcili Niemki, a Polacy rozpaczliwie próbowali tę traumę wyprzeć. Niezabliźnione rany i nieprzepracowane krzywdy po latach nabrzmiewają pod powierzchnią historii ogólnej i pojedynczej. Pełen strachu, żółci, żalu i win nieodkupionych wrzód musiał kiedyś pęknąć.

Mistrzyni opowieści sięga tym razem po konwencję powieści grozy (nocne rytuały, trupy i, a jakże, duchy), wykorzystując również misternie uplecioną intrygę kryminalną, niekoniecznie w celu nastraszenia czytelnika. „Ciemno, prawie noc” to przede wszystkim opowieść o złu, jego mutacjach, odmianach i zalążkach, bardziej niebezpiecznych niż czarna ospa, bo toczy i drąży podziemne tunele nawet do kilku pokoleń naprzód. Tajemnicę gorzkiej przeszłości Alicji Tabor śledzimy z zapartym tchem, przerażają pojedyncze historie nędzy i rodzinnych tragedii, wzruszają postaci poczciwych kociar, symbolizujących ostoję tego, co dziś archaiczne i nieatrakcyjne: dobra i bezinteresowności.
Powieść Bator można odczytywać zarówno jako pojedynczą historię rodzinną, jak i opowieść o zbiorowej histerii w imię bezsensownej zemsty na upiorach z przeszłości (aluzja do Smoleńska, Chrystusa świebodzińskiego i źle pojętej teorii teatru ogromnego Wyspiańskiego). Coś, co Kinga Dunin określa jako „polskie uliczne życie polityczne”, zajmuje w powieści Bator szczególne miejsce. Intrygujące, że, kiedy zaczynamy już autorkę posądzać o pastisz gatunku, nagle włączamy telewizor i zaczynamy się zastanawiać, czy przypadkiem podczas lektury nie mieliśmy do czynienia z reportażem z Wałbrzycha na gorąco. Współczesne widowiska kalwaryjne potrafią przecież zadziwiać. „Zło nigdy nie zaskakuje, ale zawsze dziwi”.

„Ciemnogród” nie oznacza w tej powieści tylko pustych haseł wypisywanych na transparentach i flagach podczas niezmordowanych miejskich marszów i pikiet w celu obudzenia narodu. Ciemność u Bator symbolizuje ślepą, okrutną, pełną żółci nienawiść, która tak skutecznie nasyca powietrze złością i fanatyczną potrzebą zemsty, że jedna iskra odmiennego zdania może wysadzić wszystko w powietrze. A, jak już wiemy, w naszym stuleciu dobrze się trzyma nienawiść. I śmiało patrzy w przyszłość. Ona jedna.
Jednym z najbardziej fascynujących bohaterów „Ciemno, prawie noc” jest język. Alicja Tabor jest błyskawicznie analizującą reporterką, ale Joanna Bator jako jej literacka matka przoduje w umiejętności wsłuchiwania się w ludzi. Nie tylko doskonale opowiada, ale ma rzadki dar unaoczniania opowieści przez wyrafinowaną indywidualizację języka. Każda opowieść jest własna i niepowtarzalna. Bator nazywa język polski swoją „ojczyzną”: indywidualizacja poszczególnych opowieści nie tylko pozwala narracji płynąć i eksponuje indywidualne cechy charakterów. To przecież standard, a mówimy o autorce wybitnej. Chropowatość wypowiedzi, przemyślane tiki językowe, odważne zabiegi lingwistyczne, które przypominają chirurgiczny szew retencyjny: zakładany w celu scalenia miejsc poddawanych silnym naprężeniom – to wyróżniki narracji Bator. Część zatytułowana „Bluzg”, stylizowana na „poetykę” forów internetowych, jest lingwistycznym i konstrukcyjnym majstersztykiem. Aż strach pomyśleć, ilu jadowitych ripost musiała naczytać się autorka na forach, żeby tak realnie oddać język polskiej „dyskusji” internetowej. „W sieci nie zapada noc. Słowa, które kiedyś wsiąkłyby w błoto, tu przybierają kształt trwały.”

Bator ostatecznie nie rzuca czytelnika na pożarcie kotojadom. „Prawie noc” nie oznacza ciemności kompletnej. Wybawienie niosą właśnie ci odrębni, osobni, pojedynczy, jak Alicja Tabor: jest jedną z tych, którzy żyją pomiędzy, nie przynależąc nigdzie i do nikogo. Dlatego z dystansu patrzy ma rozwścieczony, żądny krwi i zemsty tłum, który jest gotów rozszarpać trupa, a jak dla wszystkich nie starczy szczątek do uszczknięcia, nie pogardzi i trumną: „na beztrupiu i trumna trup”. Paradoksalnie wybawienie tkwi w postaciach nigdzie nie pasujących: transseksualistach, ekscentrykach, niejednoznacznych wyznaniowo mieszkańcach społeczności, a przede wszystkim w bezdomnych kociarach i babcyjkach, niosących pomoc.
„Ciemno, prawie noc” zaskakuje niemal na każdej stronie: płynnością i lekkością fabuły, biegłością w prowadzeniu wielowątkowej, skomplikowanej, ale jednocześnie spójnej i przejrzystej narracji. Wielkie brawa dla Bator, że nie zaginęła w gąszczu wątków, wspartych precyzyjną i ostrą konstrukcją postaci. Powieść aż tętni od literackich aluzji, ale znajdywanie ich to kolejna przyjemność dla wnikliwego czytelnika.
Jak przystało na powieść gotycką, razem z bohaterką udaje nam się wydostać z labiryntu podziemnych zamkowych tajemnic na powierzchnię. Spotkanie z ciemnością na zawsze jednak naznacza cieniem.
Nazwiska Bator nie znać to grzech. Wybitna powieść dla odważnych i uważnych.

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”, WAB, Warszawa 2012.

piątek, 10 sierpnia 2012

Przekleństwo dziedziczenia



Tajemnicza historia autorstwa „Czarnych malowideł” z Prado stała się dla Jacka Dehnela pretekstem do próby odtworzenia zagmatwanej rodzinnej historii. „Saturn” jest również, a raczej przede wszystkim, próbą psychologicznej wiwisekcji relacji rodzinnych i mrocznych meandrów patriarchatu.

Badania nad życiem Francisca de Goi y Lucientes trwają od lat i trwać będą. Niezwykle płodny, pracowity i jednocześnie nieoczywisty nadworny malarz trzech Burbonów do dziś zadziwia wszechstronnością i zagmatwaną biografią. Profesor Juan José Junquera w 2003 r. w swoich pracach podważył przekonanie, że autorem fresków w Quinta del Sordo („Dom Głuchego”, w którym malarz mieszkał pod koniec swojego życia) jest genialny Francisco de Goya, znany Europejczykom chociażby z „Rozstrzelania powstańców madryckich” czy późnego „Kiedy rozum śpi, budzą się upiory”. Z kolei jedna z badaczek Goi, Natacha Seseña, w korespondencji malarza zwróciła uwagę na homoseksualny charakter relacji z Zapaterem. Jacek Dehnel, jeden z najzdolniejszych pisarzy młodego pokolenia, syn malarki i tropiciel rodzinnych historii w sztuce, właśnie te sensacyjne tezy uczynił pretekstem do demitologizacji postaci hiszpańskiego romantyka.

Być może demitologizacja jest również niecelnym określeniem. Przez pryzmat wydarzeń w rodzinie de Goya Dehnel przygląda się bowiem odwiecznemu konfliktowi między ojcem (dodajmy: genialnym ojcem) a synami, których podświadomie rodzic chce wychować na obraz i podobieństwo swoje, nie biorąc pod uwagę, jak bardzo różnią się od siebie wzajemnie i od niego samego. Ojcowi rodu daleko do statecznego i rozsądnego ojczulka, który z uwagą śledzi postępy swoich dzieci i bacznie im się przygląda, pozwalając wybrać własną drogę. Coroczny „płodozmian” niestety nie przynosi mu upragnionego geniusza, o czym wzburzony obwieszcza jednemu z synów, Javierowi, któremu nie szczędzi słów pogardy. Mimo że utrzymuje, że całą rodzinę kocha jednakowo, Javiera uważa za genetyczną pomyłkę, beztalencie i istotę zupełnie bezwolną i niedecyzyjną (do tego stopnia, że wybiera mu również żonę). Konsekwencją takiego myślenia jest zaszczepienie w Javierze poczucia niższości i jednocześnie krępowanie jego twórczej woli. Istota konfliktu między ojcem a synem w tym przypadku opiera się na drastycznych różnicach charakterów i różnicach w sposobie postrzegania celów sztuki. Francisco uważa, że syn „maluje jak baba”, poprawia nawet jego prace, podczas gdy w jednym z monologów Javier mówi: „rysował trupy (…) jeszcze ciepłe. Mnie wydawało się to niskie, jakby powlókł się tam tylko po to, żeby paść oczy krwią, ekskrementami płynącymi z brudów, odorem świeżych zwłok. Ja natomiast wybierałem to, co wydawało się miłe dla oka”.

Francisco w powieści jawi się jako wyjątkowo jurny, spragniony cielesnych uciech, zakochany w sobie bezgranicznie stary satyr, który już dawno zarzucił prowadzenie ewidencji spłodzonych dzieci. Jest mistrzem politycznego oportunizmu, a każdy akt wykorzystuje do zorganizowania sobie rozkosznego popołudnia w towarzystwie pozującej służącej. W żadnego z krewnych nie wrodził się pragmatyczny wnuk, Mariano, który pała niechęcią do ojca, wielbi dziadka i skupia się głównie na finansowych profitach płynących z faktu przynależności do rodziny de Goya (zresztą, jak wykazują źródła, większość majątku rodzinnego stracił przez lewe interesy i nadmierną ufność w swoją inwestycyjną wszechstronność). Kompleks niższości i nieustannie podnoszona poprzeczka owocują z kolei wielką przegraną Javiera: traci żonę, syna, osobowość twórczą i szansę na powszechne uznanie. Handluje szkicami po ojcu, znosi cierpkie komentarze i słowa pogardy wobec jego rzekomych braków warsztatowych, dźwigając ciężar ojcowskiego geniuszu i bezlitosnych porównań. Pod koniec życia (według Dehnela) jego talent znajduje ujście w monumentalnych freskach, których autorstwo przypisywano dotąd genialnemu ojcu. Javier przypadkiem natrafia również na korespondencję ojca z Martinem Zapaterem – i to już w całości burzy wizerunek geniusza, bo na pierwszy plan wysuwa się po prostu żądny uznania seksualny frustrat.

Zwraca uwagę kształt artystyczny powieści: narracja pierwszoosobowa, podzielona na trzy głosy: Francisco, Javiera i Mariano (ojca, syna i wnuka). Zabieg pozornie nietrudny, efekt ciekawy, choć przyznam, że po Dehnelu spodziewałam się czegoś jeszcze bardziej sugestywnego i psychologicznie wnikliwego. Najsłabiej wypadają fragmenty, które trudno genologicznie sklasyfikować, a są wariacjami na temat poszczególnych płócien. Tu kadencyjny rozmach może przeszkadzać, pełna, nadmiernie barokowa forma obok reprodukcji obrazów z „ciemnego okresu” Goi przytłacza i męczy. Ale może właśnie tak się żyje z genetycznym stygmatem? Może te intermedia oddają również stan duchowy Javiera, pozostającego w cieniu oddziaływania potężnego Saturna, który pożera swoje dzieci? Czy właśnie na tym polega bycie pierścieniem planetarnym, odpryskiem materii, a później pogrobowym dodatkiem, który jednak podtrzymuje i warunkuje ciężar planetarny?

Dehnelowi udało się również wydobyć w powieści warstwę symboliczną: Saturn to nie tylko bóstwo płodności i jednoczesnego zniszczenia. To także bóg melancholii, twórczego osamotnienia. Regularne kondukty żałobne w rodzinie najprawdopodobniej były związane z chorobą zwaną saturnismo, czyli ołowicą – ołów był jednym z podstawowych składników farb, których używał Goya. Dlatego cała historia rodzinna zdaje się być zanurzona w odmętach śmierci i zamierania, a jednocześnie krwiożerczej, bezdusznej walki o władzę i dominację.

Nie zapominajmy o tym, że to, co o Goi dzisiaj wiemy, jest rezultatem badań naukowców po wielu latach od śmierci mistrza. Sam „Saturn” to z kolei literacka fikcja i wizja autora. Nie sposób przecież po latach dojść do tego, czy Francisco faktycznie był okrutnym, bezlitosnym ojcem oraz zionącym zwierzęcą chucią i potrzebą regularnego „łomotania” pokojówek starym satyrem. Tym, czego mi w książce zabrakło, jest nadanie spójności trzem monologom (zamysł artystyczny skądinąd genialny). Z tego, że Francisco był, jaki był, nic nie wynika, a jeśli już, to, jak dla mnie, wynika za mało. Trudno powiedzieć, czy to chuć była motorem jego twórczości, jak zdaje się głosić teza powieści. Niesmaczne opisy cielesnych podbojów mimo wszystko wydają się istnieć zbyt „obok” zagadnień sztuki. Wydaje mi się, że to nieco niepodobne do Dehnela, arbitra elegancji i erudyty, żeby malarskie natchnienia sprowadzać li i jedynie do zagadnień osnutych wokół prokreacji (bo czy na pewno miał na myśli élan vital, a jeśli tak, to jak to się ma do sztuki?). Jeżeli faktycznie życie Goi jest potwierdzeniem tezy, że „na początku była chuć”, chciałabym przeczytać coś, co faktycznie to potwierdza, a nie jest jedynie zapisem prostackiej uczty cielesnej. To pozwoliłoby mi się zbliżyć do Goi i zrozumieć istotę jego twórczego natchnienia.

„Saturn” Dehnela jest fikcją literacką, a era liberalnego myślowo postmodernizmu pozwala autorowi na snucie domysłów na temat prawdy i tworzenie własnej wersji wydarzeń. Zresztą, na tym właśnie polega potęga literatury: na możliwości życia wielokrotnego. Nie jestem historykiem sztuki, dlatego o autorstwie fresków nie mam prawa się wypowiadać. Niemniej w powieści Dehnela czegoś brakuje, jest jakaś strefa niedookreślona, której czytelnik samodzielnie wypełnić nie może. Zwraca jednak uwagę doskonały warsztat językowy autora „Lali”: stylizacja i indywidualizacja wypowiedzi bohaterów, olbrzymia wiedza historyczna i wysoki poziom artystycznej wypowiedzi. „Saturnem” Dehnel wpisał się w europejską tradycję pisania o wielkich twórcach naszej kultury: o Goi mówili m.in. Ortega y Gasset, bracia Goncourt, Ernest Hemingway, Gautier i Baudelaire.

Cieszmy się, że właśnie Dehnel odważnie próbuje dołączyć do grona wielkich.

Jacek Dehnel, „Saturn: czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya”, WAB, Warszawa 2011.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Nieoczekiwana zmiana płci


Małżeństwo Wegenerów to nie tylko wyjątkowi artyści. Historia ich wspólnego życia i nieprawdopodobnej wręcz miłości odzywa się echem we współczesnej dyskusji o granicach płci.
Einar Wegener był skromnym, utalentowanym malarzem i wykładowcą na akademii w Kopenhadze. Tam poznał swoją żonę Gerdę Gottlieb, studentkę z Pasadeny i jednocześnie za jej zgodą i przyzwoleniem stał się kobietą. Skrót fabuły brzmi surrealistycznie, ale powieść jest opartą na faktach opowieścią o miłości, która przekracza wszelkie granice ustanowione przez naturę.
Lili Elbe (urodzona jako Einar Wegener) jest pierwszą w historii osobą, która przeszła operację zmiany płci w Dreźnie w 1930 r. Książka nakreśla historię małżeństwa, które funkcjonuje sprawnie pod względem emocjonalnym nawet wtedy, gdy zamienia się w trójkąt. Gerda wspiera męża w bólu po operacjach zmiany płci i wtedy, kiedy otrzymuje propozycje małżeńskie od mężczyzn.
Gerda Wegener do dziś jest uznawana za czołową przedstawicielkę sztuki art deco, jej ilustracje do książek i magazynów (m. in. "Vogue'a") łączyły nowoczesną modę z odważnymi scenami erotycznymi z kobietami w roli głównej. Lili (czyli mąż Einar w damskim przebraniu) była jej ulubioną modelką, a późniejsze autorskie kolekcje mody damskiej Gerdy czyniły z niej czołową paryską trendsetterkę lat 30.
Autorowi udaje się uniknąć zarówno nadmiernego psychologizowania, jak i wścibskiego zagłębiania się w świat ludzi sztuki, niedostępny zwykłym śmiertelnikom. Napisana subtelnym językiem, przepełnionym malarskimi aluzjami, bez zbędnych metafor, pełna malowniczych, ale nie ckliwych opisów duńskich uliczek i pustynnej samotni Pasadeny.
Niebawem możemy spodziewać się ekranizacji powieści z Nicole Kidman i Charlize Theron w rolach głównych. Niespotykane nagromadzenie szyku i piękna na centymetr kwadratowy klatki i płótna.

David Ebershoff, Dziewczyna z portretu, Znak, Kraków 2012.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Indie sauté




Książka „Lalki w ogniu” Pauliny Wilk to więcej niż reportaż. To rodzaj humanistycznej próby tłumaczenia kodów kulturowych. Klucza do nich autorka szuka w codziennym życiu mieszkańców Indii.

Zadziwiająca jest kariera reportażu we współczesnej literaturze. Na łamach Miesięcznika „Znak” toczy się właśnie ciekawa dyskusja na temat potrzeby poszukiwania prawdy w literaturze. Dla niektórych krytyków tęsknota za realizmem przejawia się właśnie w takich książkach, jak „Laki w ogniu”. Skromnie wydana książka Pauliny Wilk cieszy się od kilku miesięcy niesłabnącą popularnością. Nie tylko ze względu na sezon wakacyjnych podróży.

Indie oczami Wilk to bynajmniej nie baśń z tysiąca i jednej nocy. To momentami szokująca opowieść o kraju, w którym na skrawku zajmującym dwa i pół procent powierzchni Ziemi musi się zmieścić siedemnaście procent ludzkości, a nic nie wskazuje na to, że będzie jej mniej. To bodaj jedyny kraj, w którym w zamian za wasektomię w ramach socjologicznych eksperymentów oferowano radia tranzystorowe. Kraj, który karmi swoich obywateli imperialnymi snami o wielkości, a nie potrafi zaspokoić ich podstawowych potrzeb: tylko co trzeci Hindus ma w domu toaletę, ale za to ponad połowa narodu rozmawia przez telefony komórkowe. Więcej tu ludzi niż zasobów naturalnych. „Krajem rządzą reguły niepisane, nawet niewypowiedziane, ale namacalne i trwałe.” Córka jest w domu przekleństwem, syn – jedynym ratunkiem. Mężowie mają prawo polać benzyną i podpalić swoje żony, a „ciało kobiety jest świątynią męskiego prestiżu”. Między wiarą w Boga i zabobony istnieje poważna różnica, ale nikt w Indiach nie potrafi określić, na czym polega. Dlatego współczesny hinduizm to skrzyżowanie świątyni z hipermarketem: bogowie zstąpili do korporacji.

Wilk subtelnie, ale skutecznie odziera Indie ze zwiewnych złudzeń o bollywoodzkim pięknie, które jest jedynie towarem eksportowym - większość społeczeństwa nie ma o nim pojęcia. Wraz z autorką zaglądamy do zakamarków brudnych ulic i biednych domów, o których nie mówi się w przewodnikach dla turystów. Jedziemy zatłoczonym, cuchnącym autobusem, który przewozi nadprogramowych podróżnych, ryzykując ich życiem na górskich serpentynach. Przez okna pociągów widzimy nie tylko oszałamiające zachody słońca, doświadczamy także letniej ulewy i nieznośnej spiekoty, która wysysa z mieszkańców chęć do życia. Z drugiej strony patrzymy również na uzależniającą różnorodność, złożoność niemożliwą do ogarnięcia i uporządkowania. Jedynym constans w życiu Hindusów jest zmiana: w każdej chwili są na nią gotowi, przekonani, że świat to funkcjonujący chaos, który każdego człowieka w pokrętny sposób kieruje do źródła jego przeznaczenia. Symfonia barw, dźwięków i smaków, gwarne targowiska, świetnie wykadrowane obrazy, których autorka nie oprawia w ramki konwencji, układają się w cierpką opowieść o kraju pełnym sprzeczności i niedorzeczności. Zarządzanie ludzkim ubóstwem władza doprowadziła tu do perfekcji. Mimo tego Hindusi potrafią żyć tylko w liczbie mnogiej, bo pojedynczo giną. Z żadnych ust nie pada jednak głośna skarga – nad wszystkim unosi się indyjski duch spokoju i harmonii niemożliwej do przyjęcia i przejęcia dla nas, Europejczyków.

Mimo naturalistycznych obrazów skrajnej biedy albo jawnej niesprawiedliwości nie brakuje tu również ciepłych, rodzinnych opowieści, legend o boskich podbojach i miłosnych przygodach, ogłoszeń matrymonialnych ("Bramiński chłopiec urodzony o 17.55, 5/12/82, jasny, przystojny, MBA, Bangalur, zarobki ponad 100 tys., jedyny syn, własna nieruchomość. Szuka jasnej, pięknej dziewczyny, rodzinnej, min. 5'3'' wzrostu, do 26 lat. Bez posagu. Proszę przesłać horoskop i zdjęcie.") i historii o braku zasad ulicznego ruchu i handlu. Bez dodatkowych chwytów, ulepszeń i błyszczących ozdób w swojej opowieści autorka uzyskuje efekt fascynującej mozaiki, której każdy centymetr kwadratowy otwiera nową przestrzeń do zgłębienia.

Wyjątkowym walorem książki jest jej język: hipnotyzujący, piękny, chwilami poetycki, a jednocześnie boleśnie prawdziwy i celny. Doskonale oddaje nieprzekładalność azjatyckich kodów na europejską percepcję, nie rezygnując z rzetelnej relacji naocznego świadka, który nie mówi o sobie, ale o tym, co widzi.

Piękna, spójna, fascynująca opowieść o codziennym upokorzeniu i nieustającej walce o nowe powitanie słońca. A przy tym wielka pochwała ziemskiego życia i wiary w to, że świat, na którym żyjemy, jest najlepszym z możliwych.

Paulina Wilk, Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Carta Blanca, Warszawa 2011.

Skamieniały słowik



Trudno w polskiej literaturze współczesnej o autorkę bardziej samoświadomą niż Magdalena Tulli. A taka wymaga również odpowiednio przygotowanych czytelników. Czy Nagroda Literacka w Gdyni jest dowodem na to, że do takiej prozy wreszcie dojrzeliśmy?

Magdalena Tulli jest mistrzynią zmiany perspektyw narracyjnych i budowy świata, którego kształty zmieniają się na naszych oczach. Bohaterka „Włoskich szpilek” żyje w powojennej Polsce. Raz jest małą dziewczynką, która brudzi stalówką pióra usta na niebiesko i nie może zapamiętać, z której strony litery „a” stawia się ogonek. Za chwilę jest dorosłą kobietą, która wspomina życie w kilku światach: dzieciństwo w okrutnej peerelowskiej Polsce, wakacje u ojca w Mediolanie, powolne zanikanie matki chorej na Alzheimera, nagonkę 68 roku. Naznaczona stygmatem inności nie potrafi zrozumieć przyczyny swojego wykluczenia. Kobieta, której jedynym constans w życiu były poniżenie i odtrącenie, wprawia czytelnika w zakłopotanie i jednocześnie igra z jego fabularną odpornością. Tym bardziej, że cykl opowiadań niemal do końca nie tłumaczy nam przyczyny tego wykluczenia. „Włoskie szpilki” to przejmująca, bo chłodna opowieść o wyobcowaniu, braku tolerancji i nieznośnym stygmacie epoki politycznej.

Książką Tulli (usilne wpychanie jej w ramy gatunkowe tylko ją kaleczy) rządzi zasada konstrukcyjna dystansu: „Kto patrzy z dystansu, ma w głowie miarę i wagę spraw, powiedzmy, boską. Nie drży i oczy nie zachodzą mu łzami” - to cytat z pierwszego opowiadania. To dzięki niej pisarka osiąga taki poziom elegancji prozy. Włochy, które w umyśle bohaterki i naszym, czytelnika, funkcjonują jako kraj wolności i soczystej zieleni (ale przecież i faszyzmu), zderzone są z szarą, ponurą i okrutną rzeczywistością PRL-u. Nie ma w tych opowieściach histerii czy tupiącego buntu. Siła oddziaływania tkwi właśnie we wspomnianym chłodzie, wręcz emocjonalnym mrozie, którym nieświadomie obdarzyła bohaterkę matka. (O kształcie i znaczeniu tego „spadku” dowiadujemy się dopiero pod koniec lektury). Można to tłumaczyć logiką traumy po dymiących kominach, poddawanej stopniowej racjonalizacji. Ilość miejsc niemożliwych do wypełnienia w czytelniczym odbiorze wskazuje jednak na to, że proces racjonalizacji wcale się nie zakończył – stąd paląca i kłująca prawdziwość tej prozy. Świat przedstawiony dzieli się na dwa kraje, dwa czasy: przedwojenny i powojenny, czas ocalony i dźwigany, przestrzeń domu i szkoły, przy czym żadna z nich nie jest bezpieczna, bo fundamenty pękły albo wcale ich nie było. Doskonale wyprofilowana narracja, skonstruowana bez najmniejszych uchybień językowych i zgrzytów. Przejmuje tym bardziej, jeżeli uświadomimy sobie jej autobiograficzny charakter i dotrze do nas, ile kosztowało autorkę porządkowanie i szlifowanie wspomnień.

W jednym z wczesnych wywiadów Tulli mówi, że upodobała sobie „poetykę bezczelnej bredni”, bo jest kwintesencją literatury i emanacją wolności ludzkiej myśli. Z drugiej strony metaforę traktuje śmiertelnie poważnie (nic dziwnego – dźwiga potężny ładunek znaczenia), ale nigdy kosztem rzeczywistości. Opowiadania „Włoskich szpilek” uderzają realizmem odtworzonych miejsc, emocji i czasów, ale zaskakują też trudną do przyjęcia, cierpką materią zdarzeń. Nie chce nam się wierzyć, że rzeczywistość, szkoła i dorośli tak bardzo mogą się sprzysięgnąć przeciwko małej dziewczynce, nie rozumiemy, dlaczego matka ciągle odpycha od siebie dziecko, które i tak z trudnych do wytłumaczenia powodów zbiera w najbliższym otoczeniu emocjonalne cięgi. Mimo że motywację działań w tej prozie trudno zrozumieć i przeniknąć, skłania nas do przyjemnie gorzkich refleksji o specyfice pojmowania tożsamości przez nasz naród.

Proza Magdaleny Tulli przypomina tytułowe włoskie szpilki: to kwintesencja elegancji i dobrego smaku, niepowtarzalnego i niemożliwego do podrobienia stylu. Z drugiej strony szpilki jako narzędzie pracy każdego dobrego krawca boleśnie, punktowo i celnie przypominają o tym, że w 68 roku niełatwo było w Polsce skroić świat na miarę nowej rzeczywistości. A później nie sposób dosztukować wyszarpniętego materiału. Najlepszy krawiec tego nie potrafi: każdy ruch odsłania wtedy dziury. W całej książce nie pada ani razu słowo „Żyd”, ale podskórnie czujemy jego pulsujące brzmienie i ciężar. Justyna Sobolewska pisała w kontekście tej książki o polskiej traumie, ale, podobnie jak niniejsza recenzja, to określenie nie wyczerpuje mnogości znaczeń tej prozy. Bo trauma nie jest przecież jedynie polskim przywilejem.

Proza Magdaleny Tulli od momentu debiutu rozsadza wszystkie ramy gatunkowe, które próbują jej narzucić recenzenci. Nagroda Literacka w Gdyni to wspaniała wiadomość. Kolejna nominacja do Nike jest tylko oczywistym sygnałem, że Magdalena Tulli wykonuje więcej niż „wybitną pracę na rzecz idealistycznych tendencji”.

Magdalena Tulli, Włoskie szpilki, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2011.

środa, 20 czerwca 2012

Austriackie stracone złudzenia





Stefana Zweiga tyle samo osób kocha, ile go nie zna. Mimo że to jeden z najpoczytniejszych pisarzy austriackich, pierwsze tłumaczenie jego powieści na język angielski pojawiło się dopiero w 2008 r. Wielka szkoda, że tak późno. Na szczęście mamy szansę nadrobić zaległości.

Christine Hoflehner to młoda, skromna asystentka pocztowa w maleńkim miasteczku. Wiedzie monotonne życie urzędniczki, którego rytm wyznaczają uderzenia stempli, zaklejanie kopert i nadawanie telegramów. Po godzinach dziewczyna zajmuje się schorowaną matką i zmaga z kryzysem w Austrii po wielkiej wojnie. Pewnego dnia jej życie zmienia jeden telegram od nieznanej dotąd bogatej ciotki z zaproszeniem do szwajcarskiego kurortu. W pełnej przepychu Szwajcarii Christine początkowo dotkliwie doświadcza swojego ubóstwa. Z brzydkiego kaczątka z austriackiej prowincji na chwilę zmienia się w olśniewającego kopciuszka, przywdziewa nowe stroje i zmienia nazwisko. Tutaj świat elit jest w zasięgu ręki, a prośby spełniają się, zanim zostaną wypowiedziane na głos. Po raz pierwszy od 28 lat Christine żyje beztrosko pełnią życia, odkrywa samą siebie na tyle odważnie, że zapomina o wszystkich poza sobą. Żyje w pożyczonym luksusie, jakby był jej własnym. Kiedy do snobistycznego wujostwa dociera, że otoczenie opieką skromnej dziewczyny może położyć się cieniem na ich reputacji, odsyłają ją do domu. Wtedy rozpoczyna się prawdziwy dramat niemożności ponownego przystosowania się do życia pełnego wyrzeczeń, upokorzeń i śmiesznych marzeń o namiastce dostatku i spełnienia.Szukając w Austrii bratniej duszy, towarzysza niedoli i powiernika, Christine poznaje bezrobotnego architekta Ferdinanda, który również skarży się na kryzys ekonomiczny, wyzysk i poczucie bezsensu wszelkich działań. Pewnego dnia postanawia namówić dziewczynę do popełnienia przestępstwa.

Napisana z epickim rozmachem, z drobiazgowo nakreślonym tłem społecznym, a jednocześnie wyjątkową wrażliwością na psychologiczny detal powieść „Dziewczyna z poczty” przywodzi na myśl największe dzieła europejskiego realizmu i psychologizmu. Zweig wyjątkowo czujnie przygląda się kobiecej psychice, dokładnie mierzy temperaturę uczuć, osłuchuje i bada, ale nie wypisuje jednej recepty. Daleki jest również od pozytywistycznego moralizowania, bliski za to zwykłym ludzkim słabościom i wyczulony na ludzką krzywdę. Doskonały warsztat dziennikarski pozwala mu w ramowej kompozycji powieści zawrzeć skargę na krwiożerczy kapitalizm i jednocześnie w wielkim stylu pożegnać świat dawnych wartości i tęsknot za harmonią. Oddaje głos perfekcyjnie psychologicznie skonstruowanym bohaterom, którzy rozpaczliwie próbują odnaleźć się w świecie na grani moralnego i ekonomicznego upadku, pełnego podziałów i niesprawiedliwości, w cieniu kolejnej wojny.

Stefan Zweig był uczniem i przyjacielem Freuda, ale unikał wszelkich postaw skrajnych. Zwolennik pacyfizmu i społeczności bez podziałów, przez krytyków nazywany był wcieleniem humanizmu. Kontynuował estetyczne tradycje wielkich prozaików, m.in. Hofmannstahla i Maupassanta. Mimo że pochodził z bogatej rodziny żydowskiej, pozostał do końca obywatelem świata: opuścił Austrię, mieszkał w Niemczech, a później wyemigrował do Londynu. Mając świadomość, jakie spustoszenie w świadomości Europejczyków uczyni ekspansja nazizmu, wraz z żoną popełnił samobójstwo w 1942 r. „Dziewczyna z poczty” to ostatnia powieść Stefana Zweiga, odnaleziona i scalona przez niemieckich wydawców. Świetne tłumaczenie Karoliny Niedenthal doskonale oddaje atmosferę dawnej Europy i jednocześnie zapowiada spektakularny upadek starego porządku. W materii języka znajdzie się miejsce zarówno na drobiazgowy i czuły opis przedmiotów, jak i pełen humanistycznego uniesienia widok na Alpy. Jednym ze znanych wielbicieli twórczości Zweiga jest Colin Firth, który o swoim doświadczeniu z lekturą mówił: „miałem wrażenie, że trzymam w rękach arcydzieło dotąd nieodkryte”. Odmówienie sobie przyjemności osobistego poznania twórczości Zweiga byłoby duchowo nieekonomiczne.

Pukając do drzwi Szymborskiej




Jeśli ktoś spodziewa się znaleźć w tej książce pikantne smaczki z życia naszej Noblistki, lepiej niech po nią nie sięga. Jeśli zaś ktoś szuka biografii obywatelki świata, z której wszyscy powinniśmy być dumni – ta lektura jest właśnie dla niego.

Samo nazwisko Szymborskiej u spragnionych newsów dziennikarzy budzi grozę: unikała wywiadów jak ognia, panicznie bała się telefonu, a po „katastrofie Sztokholmskiej” jeszcze bardziej ścichła i wyizolowała się. Nigdy nie dzieliła się intymnymi szczegółami ze swojego życia, a kiedy prezydent chciał przedstawić ją cesarzowi Chin jako nasze „dobro narodowe”, odpowiedziała: „mnie się nie zwiedza”. Niespotykanie skromna, małomówna i pracowita, całkowicie intelektualnie samowystarczalna i odrębna, stroniła od fleszy, masowych spotkań i niepotrzebnych zwierzeń. Odbiór Nobla fizycznie odchorowała, a „publiczne” konsekwencje przyznania jej nagrody przez trzy lata nie pozwoliły jej napisać żadnego wiersza. Jej twórczość wytrąca z rąk pióra (i klawiatury) krytykom i badaczom, tym bardziej imponujące są rezultaty mrówczej pracy, którą wykonały Anna Bikont i Joanna Szczęsna, zbierając materiały do pierwszej na rynku tak skrupulatnej biografii.

Dzięki publikacji Znaku poznajemy historię rodziny Szymborskich, wiele dowiadujemy się o latach szkolnych i młodzieńczych Wisławy, pierwszych literackich fascynacjach, artystycznych próbach i czytelniczych pasjach. Śledzimy jej losy w mrocznych czasach stalinowskich, na które akurat przypadł jej debiut. Poznajemy mglistą do tej pory historię jej małżeństwa z Adamem Włodkiem, piękną i nieznaną dotąd relację z Kornelem Filipowiczem, a także historię wymiany poglądów i myśli z Czesławem Miłoszem. Szymborska opalizuje w wypowiedziach bliskich znajomych: m. in. Ewy Lipskiej, Jerzego Illga, Macieja Słomczyńskiego, Asara Eppela (tłumacza jej poezji na rosyjski) i Michała Rusinka. Bikont i Szczęsna przeczesały archiwa bibliotek, odbyły setki rozmów, udało im się również kilkakrotnie spotkać z Szymborską i samodzielnie „wyciągnąć” z niej kilka faktów, bogato ilustrowanych niepublikowanymi dotąd zdjęciami z albumu rodzinnego. Biografia zawiera też liczne wypowiedzi na temat istoty i roli poezji, które dziennikarki skrupulatnie zbierały przez lata i porządkowały. Bez wątpienia ta część biografii to prawdziwy rarytas: łatwiej było dowiedzieć się czegoś o przebiegu ulubionej loteryjki w domu Szymborskiej niż kupić od niej słowo o roli artysty. Dla miłośników jej ciętego dowcipu i humoru również znajdzie się wiele niespodzianek: zabawne anegdoty z życia literackiego Krakowa szczodrze rozsypane są po książce.

Poetka „szczęśliwej myśli” i genialnych w swojej prostocie metafor podkreślała, że potrzebuje „dużo smutku i samotności”. Traktowanie Szymborskiej w kategoriach zabawnej starszej pani, znanej z zamiłowania do kiczu i zabawnych wyklejanek jest wyjątkowo mylące. Sama mówiła: „mam do ludzi inną twarz, dlatego pokazuje się mnie od strony anegdotycznej, jako osobę wesołą, która nic tylko wymyśla gry i zabawy. To, że inni tak mnie widzą, to moja wina. Pracowałam długo na ten wizerunek.” Kolekcjonowała różne dziwne i zabawne przedmioty, jak damska noga z marcepanu, długopis w kształcie kości dłoni i włochate prosię-pozytywka z korbką w kształcie ogonka, ale podczas lektury odnosimy wrażenie, że pełniły one rolę antidotum na trudne nieraz do zniesienia, „pierwsze wydanie” świata. Kochała horrory i kryminały Christie, nie gardziła brazylijskimi telenowelami, swoich gości częstowała austriacką zupką w proszku, a z Michaelem Jacksonem łączyła ją miłość do skrzydełek z KFC.

Największym atutem tej biografii jest jej „przezroczystość”: nie mówi o Noblistce niczego wprost. Jeśli chcemy w swojej wyobraźni stworzyć obraz prawdziwego człowieka, „Pamiątkowych rupieci” nie możemy czytać w oderwaniu od wierszy i krótkich utworów prozatorskich Szymborskiej. Bikont i Szczęsna wypełniły tym samym wolę samej poetki: kiedy któryś z dziennikarzy pytał o szczegóły z jej życia prywatnego, odsyłała go do swojej twórczości. Kolejnym atutem jest „niecałkowitość”: podczas lektury czujemy, że Szymborska nigdy nie odsłaniała się całkowicie, tym chętniej więc sięgniemy po jej wiersze i rozproszone zapiski. Po każdym rozdziale będziemy odczuwali niedosyt, ale nie faktograficzny, a ideowy. Tę część biografii czytelnik uzupełnia już sam. Sam również musi znaleźć klucz do „drzwi” świata poetki.

Woody Allen mówił, że jest zaszczycony tym, że Szymborska w ogóle wie o jego istnieniu. Kiedy poetka podarowała mu jedną ze swoich słynnych wyklejanek, powiedział, że ma ona dla niego większe znaczenie niż Oscar. Czy trzeba jeszcze kogokolwiek namawiać do lektury?

Anna Bikont, Joanna Szczęsna, „Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej”, Kraków 2012.

niedziela, 27 maja 2012

Samotność outsidera




Na tę książkę czekaliśmy długo. "Tajny dziennik" jednego z najtrudniejszych i najbardziej nieoczywistych artystów to nie tylko wydarzenie literackie – to również symbol rozpoczęcia ważnej dla polskiej świadomości epoki wychodzenia do światła.

Nie było dla niego przedmiotu niewartego uwznioślenia w poezji. I w wierszach, i w prozie konsekwentnie rzeźbił w słowie, a przy tym zmagał się z chorobą, poniżającą biedą i piętnem homoseksualizmu, które w komunistycznej Polsce oznaczało piekło wykluczenia. O ile w wierszach borykał się z ograniczeniami języka, nazywając siebie "słów nietrafem", o tyle z dziennika wyłania się postać mistrza warsztatu, a przy tym człowieka tak niebywale wrażliwego, trudnego i jednocześnie spragnionego ludzi, że już samo jego istnienie zdaje się być wręz niemożliwe. To ważny dokument epoki i świadectwo człowieka heroicznego, a jednocześnie prawdziwego w zmaganiach z uzależniającą rzeczywistością przedmiotów.

Stopień obnażenia poety jest w dzienniku tak wysoki, że jego lektura jest czynnością intymną, momentami wręcz obrazoburczą. Zmagania z zaśnieżoną i skostniałą Warszawą lat 70. i 80. przybierają w dzienniku formę bolesnego, choć rzetelnego opisu rzeczywistości, w której było miejsce na każdy absurd, ale "inny" nie miał prawa bytu.
Był sobie jedynym, "taki traf mu się". Podłogo, błogosław Mironowi. Czytelniku z mózgiem elektronowym, pochyl się nad sacrum codzienności.

Miron Białoszewski, "Tajny dziennik", Znak, Kraków 2012.

sobota, 26 maja 2012

Instrukcja obsługi Wieży Babel




Porzuć nadzieję na fabułę, ktokolwiek sięgasz po Joyce'a. Najważniejsze jest to, co się wokół niej dzieje. Historia żonatego oberżysty jest tylko zalążkiem, w którym zaczyna się bodaj największy w historii eksperyment językowo-świadomościowy.

Na Joyce'a nie ma przepisu, metodologii, każda próba interpretacji ostatecznie okaże się zarówno błędna i właściwa. Krzysztof Bartnicki tłumaczył "Finneganów tren" przez dziesięć lat. To jedno z najważniejszych osiągnięć w historii polskiej translatoryki, bo jednocześnie tworzy nowy język i odtwarza tkankę literacką ze strzępów morfemów niemal wszystkich języków świata: od starohebrajskiego po "slang Rumunów wędrujących przez Karkonosze" (określenie tłumacza). Styl Joyce'a to modernistyczny konglomerat języka potocznego, strumienia świadomości, teatralnych didaskaliów, karkołomnych figur retorycznych, barowego slangu i wyjątków z encyklopedii powszechnej świata prostych ludzi.
Można go czytać a rebours, pod kątem, w kontekście i poza nim. Lektury na skos również nikt nie zabroni.

O ile "Ullissess" jest specyficzną projekcją świadomości bohatera, o tyle "Finneganów tren" to pozornie chaotyczny, szaleńczy zabieg rodem z sali patomorfologa, w której pod nóż trafiają zbiorowa podświadomość, mity, religie, tiki językowe, opowieści ze sklepu i fragmenty traktatów filozoficznych. Niektórzy uważają, że nie da się jej czytać, dla innych lektura Joyce'a to synonim bycia intelektualistą. Powstają interaktywne grupy, które czytają Joyce'a na głos i inne, które uznają książkę za wytwór chorej, atawistycznej i zniszczonej alkoholem jaźni.
Sposobów na czytanie Joyce'a po polsku jest tyle, ilu czytelników. Zawiodą studia, czytanie z marszu pozostawi niedosyt, miłośnicy freudyzmu wyrwą ostatnie włosy z głowy. Nie sposób omówić sobie tego doświadczenia.

Czapki z głów– nadszedł Joyce.

James Joyce, "Finneganów tren", tłum. K. Bartnicki, Ha!art, Kraków 2012.

Świata errata



Dzisiaj wydaje się oczywiste, że 11 września jest datą graniczną, która wyznacza koniec pewnego humanistycznego etapu. Świat po traumie zmusił artystów do poszukiwania nowego języka – zresztą, nie pierwszy i (prawdopodobnie) nie ostatni raz. W przypadku masowych tragedii i zamachów łatwo wpaść w pułapkę tkliwości i kiczu. Kto by pomyślał, że właśnie Amerykanin znajdzie przekonujący sposób na opisanie świata, który się rozpadł?

Jonathan Safran Foer urodził się w 1977 r., a ma już na koncie kilkanaście istotnych nagród, jak Guardian First Book Award. Pochodzi z rodziny polskich Żydów z Podlasia, a w dobrze przyjętej u nas powieści „Wszystko jest iluminacją” udowadnia, że nawet słowiański system językowy to dla niego pretekst to udanych literackich eksperymentów. „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” (powieść wznowiona przez W.A.B. w związku z powstałą ekranizacją z Tomem Hanksem i Sandrą Bullock) jest kolejnym głośnym sukcesem młodego pisarza. Na pewno nie ostatnim.

Oskar Schell jest wynalazcą, astrofizykiem, aktorem szekspirowskim i wykonawcą biżuterii. Pacyfista, frankofil, archeolog amator i kolekcjoner zmarłych motyli ma dziewięć lat i wyjątkową misję. Od zamachu 11 września, w którym zginął jego ojciec, nie używa komunikacji miejskiej, dlatego pieszo przemierza ulice Nowego Jorku, przygrywając sobie dla odwagi na tamburynie. W gabinecie ojca znalazł tajemniczy klucz z napisem „Black”, dlatego uznaje, że odnajdzie wszystkie osoby w Nowym Jorku o tym nazwisku, żeby rozwikłać zagadkę, którą, jak wierzy, pozostawił dla niego wraz z kluczem ojciec. Towarzyszymy Oskarowi w jego wędrówce, poznajemy zapiski babci uratowanej z bombardowania Drezna i kolekcjonujemy ludzkie historie utraty z całego świata (jak sugestywnie językowo podana historia matki, której córka zginęła w wyniku ataku na Hiroszimę). Oskar zaskakuje odwagą stawianych pytań i świeżością spojrzenia. Logika dziewięciolatka momentami bawi, ale ostatecznie przeraża: dorosły czytelnik uświadamia sobie, że nie stać go już na proste i tym samym genialne rozwiązania. Do chłopca powoli docierają absurdy i frustrująca ludzka samotność wobec tragedii utraty kogoś, kogo się kocha. Ciągle jeszcze pielęgnuje w pamięci rozmowy z ojcem, ale prześladują go zapisane na sekretarce jego ostatnie telefony do domu i wizje rodziny przysypanej solą z odparowanych łez. Oskar odkrywa po kawałku bolesną prawdę o gatunku homo sapiens:

- Ludzie są jedynymi zwierzętami, które się rumienią, śmieją, mają religię, toczą wojny i całują się ustami. (…) A więc w pewnym sensie im więcej całujesz kogoś ustami, tym bardziej jesteś człowiekiem.
- A im chętniej toczy wojny?


Narracja z perspektywy dziecka porusza, przeraża i hipnotyzuje. Oscar próbuje uwierzyć na powrót w sens, zaklina czas i nową rzeczywistość z wielkim ubytkiem po dwóch wieżach i platońskich ideach. Nieustannie obmyśla jakieś innowacje: samochód, który ulega biodegradacji, znaczki pocztowe o smaku crĕme brűlée, ale także budynki bez wind, w których poruszają się piętra, żeby ułatwić ewakuację albo długie ambulanse, które łączą wszystkie budynki w mieście ze szpitalem. Fascynuje go zamarzający oddech na Syberii, migotanie ciał astralnych i misterny splot bransoletki, choć zaczyna do niego docierać, że nic nie jest jednocześnie piękne i prawdziwe. Ze szczytu Empire State Building widać krajobraz w promieniu 125 km, ale ten budynek ściąga też rocznie 5 tys. piorunów.

Kiedy umiera dawny świat, język również powinien umrzeć, dlatego zderzenie islamskiego fundamentalizmu z kapitalistyczną pychą znajduje swoje odzwierciedlenie w upadku, a w zasadzie wysadzeniu w powietrze tradycyjnej narracji. Szkatułkowość powieści, eksperymenty w warstwie graficznej tekstu i próba rekonstrukcji świata na kliku płaszczyznach imponują odwagą i świeżością ujęcia. Świetne fotografie i metafora Miejsca Nic doskonale oddają bezradność słów wobec ogromu zniszczeń, których sami jesteśmy przyczyną.

Powieść Foera opalizuje i tętni inteligentnymi i bezczelnymi pytaniami dziewięciolatka, których żaden dorosły nie chce nawet do siebie dopuścić. Okazuje się, że oto my, zdobywcy księżyca, stoimy w miejscu, a świat pędzi prosto na nas. Obecnie żyje nas na świecie więcej niż zmarło w całej historii ludzkości. Gdybyśmy wszyscy chcieli jednocześnie zagrać Hamleta, zabrakłoby czaszek.
Hipnotyzująca, ambitna i demaskująca ludzką niemoc powieść o potężnej sile rażenia. Foer to pirotechnik literatury.

Jonathan Safran Foer, „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, tłum. Zdzisław Batko, W.A.B., Warszawa 2012.

Paradoksy Księdza Jana


Polska biografistyka przeżywa swój renesans. Po doskonałym „Korczaku” i „Nałkowskiej” mamy wreszcie rzetelną biografię jednej z najciekawszych i najbardziej nieoczywistych postaci na mapie polskiej kultury. Nie oznacza to jednak, że Magdalenie Grzebałkowskiej udało się odpowiedzieć na wszystkie pytania. Ale, paradoksalnie, właśnie w tym tkwi największa siła biografii Jana Twardowskiego.

Słowa „Śpieszmy się kochać ludzi” stały się jego przekleństwem. Panny na wydaniu z jego parafii odczytały to jako zachętę do szybkiego zamążpójścia, bo wybranek sobie odejdzie. Zawsze mówił o sobie „ksiądz piszący wiersze”. Nigdy poeta-ksiądz. Nie oznacza to jednak, że nie dotyczyły go nigdy rozterki typowe dla wszystkich twórców. Chciał być księdzem, a musiał pogodzić się z tym, że jest poetą. Albo odwrotnie. Jakkolwiek by było – to był właśnie jego krzyż. Albo nie wierzył, albo nie chciał wierzyć w potęgę przekazu swoich wierszy. Był szalenie skromny, ale jednocześnie zależało mu na opiniach krytyków na temat jego wierszy. Wiadomo, polonista. Cytował z pamięci szczególnie recenzje nieprzychylne. Nie chował nigdy do nikogo urazy, ale był pamiętliwy. Lubił mniejsze i większe złośliwości, na szczęście zupełnie nieszkodliwe. Bał się dzieci, ale potrafił z nimi rozmawiać jak nikt inny. Nieobce mu były również tarcia wewnątrz środowiska twórczego, animozje nawet pomiędzy poetami – duchownymi (ksiądz Paweł Heintsch do śmierci nie mógł zrozumieć, czemu Twardowski, a nie on). Zbierał suszone kwiaty, robił zielniki, ale prowadził też wielki sztambuch, w którym wpisywali się jak do pamiętnika pisarze, aktorzy, ludzie teatru i sceny. Pomiędzy zasuszoną gałązką a obrazkiem prymicyjnym znalazła się nawet fotografia Marleny Dietrich.

Z portretu nakreślonego przez Grzebałkowską wyłania się przede wszystkim człowiek – pełen sprzeczności, ale i ułomności jakże rozbrajających. Lubił kartofle ze zsiadłym mlekiem, pluszowe biedronki, tandetne anioły, otaczał się przedmiotami, które wprawiał ciągle w ruch: rozdawał je i przyjmował kolejne, żeby nimi obdarować innych. Wielką tajemnicą są kontakty księdza Jana z SB – z jednej strony historycy z IPN-u są pewni, że Twardowski nie miał pojęcia o założeniu mu teczki, z drugiej – nie umiał odmówić, kiedy przychodzili do niego na „rozmowy” przedstawiciele bezpieki (co wynikało raczej z potrzeby ochrony sióstr wizytek i starodawnego savoir vivre'u, który nie pozwalał gościa ot, tak, wyrzucić za drzwi).

Grzebałkowska w swojej pracy przestrzega podstawowego przykazania reportera: prezentuje fakty, ale nie ocenia. Odsłania obraz, nie interpretując. Subtelnie przedstawia skomplikowane relacje z kobietami, których w życiu Jana było wiele i nigdy nie ukrywał, że lubi się nimi otaczać. Nawet w szpitalu miał ze sobą ulubiony rudawy tupecik, który przyklejał na specjalny klej charakteryzatorski do znienawidzonej łysiny, choć ze szkaradną czarną torbą z fioletowymi uszami się nie rozstawał. Na tyle, na ile to możliwe, odtworzone są szkolna przeszłość Janka, wojenne blizny i nie-oczywiście serdeczne relacje w rodzinie.

Imponującą pracę wykonała Grzebałkowska. Tym bardziej, że więcej było okruszków niż informacji, a jak już informator się znalazł, to albo mówił mało, albo wyrzucał ją za drzwi (rewelacyjny pomysł z zamieszczeniem fragmentów bynajmniej nie życzliwych telefonicznych rozmów ze znajomymi księdza). A to wszystko pozbawione beatyfikacji na siłę i infantylizmu interpretacji. Dla zachęty niech wybrzmią słowa samego księdza Jana podczas jednej ze spowiedzi: „Wiesz, ja mimo wszystko wierzę w Boga”. Symptomatyczne. I paradoskalne.

Magdalena Grzebałkowska, „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego”, Kraków 2011.

poniedziałek, 19 września 2011

Bicycle Bicycle, You Are My Bicycle... Rowerem przez miasto

Ciekawa rzecz. Zagęszczenie rowerzystów na metr kwadratowy polskiej ulicy ciągle wzrasta i to wprost proporcjonalnie do spadku temperatury. Im głębiej w jesień, tym większa szansa na zostanie przejechanym, najechanym lub zaledwie lekko potrącanym przez krzepkiego ostrokołowca, fankę holenderki, czy klasycznego „górala”.
Znalezienie kilku co najmniej przyczyn, wyjaśniających taki stan rzeczy, nie jest trudne. Rowery są tańsze i wygodniejsze w utrzymaniu niż samochody. Często, w niekorzystnych warunkach miejskiej dżungli, o wiele od nich szybsze. Z pewnością bardziej ekologiczne od najwymyślniejszej hybrydy i, rzecz oczywista, posiadające cudowną moc utrzymywania naszej kondycji na stałym, wysokim poziomie. Poza tym, są podstawowym narzędziem badawczym każdego intelektualisty, aktywisty, miłośnika kultury miejskiej, o czym szerzej za moment, i, last but not least, są po prostu szalenie modne.


"Dzienniki rowerowe" David Byrne
W ostatnich miesiącach sztandarową lekturą miejskiego rebelianta stały się wydane nakładem Wydawnictwa W.A.B. „Dzienniki rowerowe” Davida Byrne'a (dla niezorientowanych – współzałożyciela kultowego Talking Heads). Chwała temu, komu od razu nasuwa się skojarzenie z kultowymi „Dziennikami motocyklowymi” Che Guevary.
Narzędziem Byrne'a do zyskania poczucia rozwiewającej włosy wolności stał się właśnie rower. Od ponad trzydziestu lat poznaje świat z perspektywy „dwóch kółek, szybszych niż spacer i wolniejszych niż pociąg, ze wzrokiem nieco ponad poziomem oczu przeciętnego śmiertelnika (...)”. Ponieważ na co dzień mieszka i pracuje w Nowym Jorku, należą mu się słowa uznania za odwagę i pionierskie podejście do sprawy, gdyż poszatkowane autostradami metropolie amerykańskie nie zachęcają w jakiś szczególny sposób do poznawania ich z perspektywy innej, niż zza szyby samochodu. Uzależnienie muzyka od roweru ma wszelakie znamiona (budzącego raczej podziw niż niepokój) ryzykanctwa.
Kultura miejska jest jednym z najważniejszych elementów jego prywatnego świata, źródłem cennych przemyśleń i inspiracji twórczych, rower – narzędziem do ich zbierania. Dlatego, wyruszając w którąkolwiek ze swoich licznych podróży, nigdy nie zapomina o spakowaniu do walizki składanej wersji ulubionego pojazdu. W „Dziennikach rowerowych” dzieli się swoimi wrażeniami z Berlinu, Stambułu, Buenos Aires, Manili, Sydney, Londynu i miast amerykańskich: San Francisco, Nowego Jorku i innych. Rower daje mu swobodę wyboru własnej trasy, pozwala poznać miasto od podszewki, zaznajomić się z jego mieszkańcami, zapuścić w zakątki niedostępne dla komunikacji miejskiej oraz nieuwzględnione w przewodnikach turystycznych. Po prostu raj dla człowieka z żyłką odkrywcy.
Jednocześnie Byrne dzieli się swoimi przemyśleniami dotyczącymi antropologii i różnic kulturowych, redefiniując pojęcie przewodnika i zmuszając do przyjrzenia się nowoodwiedzanym miejscom w sbosób nieszablonowy. Zwraca uwagę na przeszłość Berlina Wschodniego, na problem nastawionej głównie na przemysł samochodowy urbanistyki Stanów Zjednoczonych, na polityczno-społeczne perturbacje na Filipinach. Rower staje się ikoną, mobilnym laboratorium.

Od Tokyo aż po Madryt wirus rowerowy zbiera gigantyczne żniwo ofiar, które połknęły rowerowego bakcyla. Spokojna głowa, Polski ta impreza nie ominęła. Jak grzyby po deszczu pojawiają się coraz bardziej wyspecjalizowane sklepy z akcesoriami. Oferują m.in. kaski, ramy, opony, designerskie koszyki. Na porządku dziennym są także wypożyczalnie rowerów, z których każdy szanujący się, lecz pozbawiony jednośladu trendsetter, obowiązkowo powinien skorzystać. Modny rower to rower minimalistyczny, pozbawiony gadżetów, hamulca (o tak!), w wersji hardcore'owej także siodełka. Najlepszym dodatkiem do roweru jest człowiek miejski (homo cittadinus), z czym wiąże się drobiazgowo wystudiowany wizerunek. Dlatego pod karą ostracyzmu zabronione jest wsiadanie na ww. środek lokomocji w getrach i koszulce lidera. Po inspiracje warto udać się tu (pośpieszcie się, póki jest jeszcze w miarę ciepło!) lub tutaj i skomponować własny outfit, lub pójść na łatwiznę i wybrać się wieczorową porą (pogoda nie gra roli) na Plac Zbawiciela. Jednak, jeżeli ktoś spragniony jest głębszych doznań, ceni sobie działania ideologicznie poparte i uwielbia wyzwania, polecam zapoznanie się z definicją ostrokołowca zaproponowaną w książce „Wyż nisz” Bartka Chacińskiego.

sobota, 17 września 2011

Język głodu




„Zaplecze” to nie tylko powieść o anoreksji. To doskonałe, misternie skonstruowane i brawurowo językowo rozstrzygnięte studium ludzkiej niemocy. Syrwid pod lupą przygląda się chorym, skażonym międzyludzkim relacjom przeciętnej polskiej rodziny i rozkłada na czynniki pierwsze patogenezę choroby społecznej.

Poznajemy Klarę jako kilkuletnią dziewczynkę. Ojciec jest tyranem, matka prezentuje pochodną postawy bierno-zależnej. Ojciec zmusza dziewczynkę do jedzenia, wciskając jej twarz w breję z mieszaniną pierwszego i drugiego dania. Odtąd jedzenie będzie ją prześladować. Kontrolowane trawienie w przedszkolu, chora relacja z koleżanką-szantażystką o zapachu bułki z polędwicą, wakacje z dysfunkcyjną babcią w kolorze piwno-kiełbasianej mazi. Sama autorka zauważa, że w jej powieści wszyscy mają anoreksję: cierpią z ciągłego niedoboru pieniędzy, miłości, uwagi, a rekompensują to magazynowaniem przedmiotów na pokaz, jak święte obrazki na telewizorze.

Truizmem byłoby powiedzieć, że anoreksja to choroba spowodowana narzuconym schematem estetycznym współczesności. Klara Wiśniewska nie choruje z powodu potrzeby spełnienia oczekiwań otoczenia. Manekin jawi się jej jako Pigmalion, niedościgniony estetyczny wzór piękna i czystości. Jest idealny, bo nie można go zmienić: zastygły w swojej doskonałości, jak zakrzepły i niedowcielony czas dzieciństwa, który próbuje ciągle wskrzesić w swoim życiu Klara.

„Zaplecze” ostrze krytyki kieruje przede wszystkim w stronę dorosłych, a nie w stronę krwiożerczego konsumpcjonizmu. To dysfunkcyjna rodzina jest winna dramatowi dziewczyny, która ze stygmatem choroby każdego dnia powoli odchodzi i, bez względu na podjęte działania terapeutyczne, nie będzie w stanie wyzwolić się z jej okowów. Tak jak okowów komuny dotąd nie są w stanie zrzucić niektóre polskie rodziny, bo system spętał umysły na pokolenia. Podłożem uczucia głodu jest tu nie tylko niedobór życiodajnych składników odżywczych, ale przede wszystkim obniżenie stężenia uwagi, empatii i rodzicielskiej odpowiedzialności aż do całkowitego ich zaniku. Klara ukrywa swoją chorobę, a jednocześnie próbuje głośno krzyczeć, rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę i wywalczyć prawo do wolności.

Syrwid stworzyła nowy język nie tylko na potrzeby tej powieści. Język głodu, pragnienia, powolnego gaśnięcia, atrofii potrzeb i jednocześnie heroicznej walki. Mówi jednocześnie Klara i „zaplecze Klary”: głos obserwatora i analityka, boleśnie i dokładnie badający każde włókno nerwowe choroby.
Marta Syrwid bodaj jako pierwsza w naszej literaturze unika ucieczki w banał i rozpaczliwe ustępy o rozpaczy i samotności. Klara nie mówi o samotności, tylko ją udowadnia. Narracją suchą, zimną jak chirurgiczna stal, językiem porwanym jak pojedyncze szarpnięcia bólu, jak piekąca fala soków trawiennych sumienia. Język hipnotyzuje i wciąga, na początku czytelnik go nie rozumie, broni się przed nim, a jednak zrezygnować z niego w żaden sposób nie może. Narracja oddaje samonakręcającą się spiralę choroby, poszukiwania wyjścia z przestrzeni niemożliwej do pokonania. Im bardziej łaknie wolności, tym bardziej się nią dławi.
Anoreksja to nie tylko choroba duszy i nieustająca potrzeba katowania ciała przez skrupulatną kontrolę. To przede wszystkim dążenie do oczyszczającej doskonałości wokół siebie: perfekcjonizm w wypełnianiu obowiązków, idealna pod względem estetycznym przestrzeń wokół, najlepsza uczelnia, najlepsze wyniki: „jeśli przestanę być ambitna, przestanę się odchudzać”.

Nazwisko Marty Syrwid swego czasu zrobiło sporo zamieszania w polskiej literaturze. Nazywana „drugą Masłowską” i określana mianem „najgorętszego ciała polskiej literatury” zdaje się rozsadzać swoim talentem wszystkie na siłę narzucone ramy. Myślę, że najwyższy czas zaznaczyć, że Syrwid nie jest żadną „drugą”. To pierwszy tego typu głos w naszej literaturze. A, co ważniejsze, zaskakująco dojrzały (to rocznik '86!). Już w listopadzie nowa powieść Syrwid pt. „Bogactwo”. Podobno jeszcze lepsza i bardziej celna.

Dla wszystkich spragnionych wymagającej literatury lepiej będzie, jak zapamiętają to nazwisko.

Marta Syrwid, "Zaplecze", W.A.B., Warszawa 2009.

poniedziałek, 5 września 2011

Felinoterapia na każdy dzień


Ignorować-tego nie robi się kotu.
Powszechnie wiadomo, że szczęśliwi posiadacze kotów z czystym sumieniem mogą pozbawić się wątpliwej przyjemności włączania telewizora. Kot zapewni kulturalną rozrywkę o każdej porze. Pod jednym warunkiem: że to on o tym zdecyduje.

Niekwestionowany kunszt plastyczny Simona Tofielda możemy po raz kolejny podziwiać w kalendarzu "Kot Simona na każdy dzień". O ile jestem pełna obaw o to, co przyniesie rok 2012, okrzykiwany wielokrotnie a to rokiem słowiańskiej zagłady, a to rokiem zwycięstwa drogowej przyjaźni polsko-ukraińskiej, o tyle w tym kalendarzu nowy rok jawi się, na szczęście, jako pełen uroczych kocich figli. Takich, które nikomu nie szkodzą, a choć na chwilę oderwą nas od Armageddonu mistrzostw. Złośliwi mówią, że i piłka nożna wielu niespodzianek przysparza, ale już chyba nikt nie zaneguje tego, że bynajmniej nie tak pociesznych jak angielski kocur o wyjątkowej pojemności żołądka. Wątpliwych pod względem estetycznym w każdym razie.

Z kalendarza dowiemy się wielu zabawnych ciekawostek, np. kiedy obchodzimy Dzień Piegów, Dzień Leworęcznych i, ma się rozumieć, Dzień Kota. Świetnym dopełnieniem literackim graficznej perełki są fragmenty poświęcone puszystym osobnikom. Dla mnie najlepiej koci indywidualizm oddaje fragment "Koraliny" Neila Gaimana:

"- Cześć. Widziałam takiego samego kota w ogrodzie przy domu. Ty musisz być drugim kotem.
Kot pokręcił głową.
- Nie - rzekł - Nie jestem drugim kotem, tylko sobą. (...)
- Jak masz na imię? - (...) Ja jestem Koralina.
- Koty nie mają imion - odparł.
- Nie? - spytała Koralina.
- Nie - potwierdził kot. Wy, ludzie, macie imiona. To dlatego, że nie wiecie, kim jesteście. My wiemy, kim jesteśmy, więc nie potrzebujemy imion."

Bułhakow określił to swego czasu tak: "Nie wiadomo dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu."

Everycat, czyli bohater kreskówek Simona Tofielda, nie ma imienia, ale rozpozna go każdy wielbiciel tego niezwykłego gatunku na całym świecie. O sukcesie kreskówki zdecydowała nie tylko niepowtarzalna kreska rysownika "The Daily Mirror", ale niebywała biegłość w graficznym oddaniu kociej socjologii i, musimy to przyznać, trudnej do rozpracowania psychiki. Kot Simona nie znosi, kiedy się go ignoruje. Jak każdy kot. Dopomina się o pieszczoty zawsze wtedy, kiedy właścicielowi robota pali się w rękach. Jego życiową pasją jest jedzenie, o które domaga się o każdej porze dnia i nocy, gotowy za opóźnienia nawet sprać swojego właściciela kijem bejsbolowym (jak w odcinku "Cat-man-do"). Komfort, ciepło, wygoda i pełna miska są synonimami kociego poczucia bezpieczeństwa. Skąd my to znamy? To rzeczywiście Everycat, ale jeżeli już ktoś miał szczęście być opiekunem kota, wie doskonale, że istnieją tysiące niemożliwych do skatalogowania kocich min i zachowań, a jeśli już chociaż częściowo się to uda, ich kolejna obserwacja albo lektura nie mogą znudzić.

Filmy z kocim indywidualistą obejrzało na kanale Youtube ponad 150 milionów widzów. Dlaczego? Od pierwszych kadrów (na jedną sekundę filmu składa się 25 rysunków!) futrzak nie przestaje fascynować swoją przenikliwością, ciekawością świata i potrzebą poznania bezpośredniego wszelkich zjawisk, które przez ludzi uznane są za oczywiste. Choćby miało się to dla niego skończyć śnieżną lawiną ("Snow Business") albo choinkową katastrofą ("Santa Claws"), rezolutny kot nie porzuca nieustannych prób przejrzenia esencji zjawisk. Tofield doskonale wyczuwa kocie humory, miny, stany sinusoidalnego obrażenia i nieustanny pęd do nie do końca świadomego gromadzenia przeróżnych doświadczeń. Jedni koty kochają, inni ich nie znoszą, ale nie znam nikogo, kto by zaprzeczył, że kot jest zwierzęciem królewskim i do przejrzenia na wylot niemożliwym. Kompulsywne oglądanie odcinka "Hop it" stało się u mnie już wieczornym rytuałem.

W polskiej literaturze spotkałam się w zasadzie tylko z jednym takim mistrzowskim przykładem opisu kociego fenomenu. Szymborska oczywiście i liryczna wersja nieświadomego buntu przeciw uporczywej nieobecności właściciela, koty bowiem stan szczęśliwości osiągają chyba dzięki temu, że śmierć w ich "słowniku" nie istnieje:

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.

Simon Tofield, Kot Simona na każdy dzień 2012, Warszawa, W.A.B. 2011.

piątek, 5 sierpnia 2011

Prawo szczególne uchyla ogólne.



Ten niepozorny zbiór opowiadań winni przeczytać przede wszystkim ci, którzy uważają prawników za odmóżdżonych karierowiczów i łowców łatwych pieniędzy. Ferdinand von Schirach świadomym czytelnikom skutecznie udowadnia, że zawód prawnika wymaga nie tylko potężnej wiedzy psychologicznej, ale i umiejętności poszukiwania półtonów i anielskiej cierpliwości w docieraniu do prawdy.

Jakiż los bywa złośliwy. Dziadek Ferdinanda von Schiracha był wysokim funkcjonariuszem III Rzeszy odpowiedzialnym m. in. za deportację Żydów. Wnuk został prawnikiem i zasłynął spektakularną obroną enerdowskiego polityka, Güntera Schabowskiego, który, przez przypadek bądź przy wykorzystaniu machiavellicznego chwytu, przyczynił się do upadku muru berlińskiego. Sprawa jest arcyciekawa, dyskusyjna i doskonale pasuje do profilu tematycznego opowiadań adwokata. Czytelnik w pełni daje wiarę niesamowitym opowieściom z praktyki zawodowej wziętego obrońcy, w których, co tu dużo mówić, nic nie jest takie, na jakie z pozoru wygląda. Każdy przypadek wymaga wnikliwej analizy i oddzielnego rozpatrzenia. Tam, gdzie są ludzie, nie istnieje coś takiego, jak „książkowy przykład”.

W niewielkiej książeczce tkwi siła rażenia potężnej bomby. To nie kryminał, choć traktuje o najbardziej krwawych zbrodniach. Nie ma tu przesadnie drobiazgowych opisów przestępstw, ale niejednokrotnie podczas lektury przejdą nam po plecach ciarki. Znajdziemy tu i przykłady kanibalizmu („Miłość”), i morderstwa z pozoru „w obronie koniecznej” („Obrona konieczna”), które okazują się morderstwami z zimną krwią, nie brakuje też niebezpiecznych wycieczek w mroczne sfery hipokampa i ciała migdałowatego („Cierń”). Motywacja niejednokrotnie nie jest tutaj tożsama z winą, a, bez względu na zdobyte doświadczenie zawodowe, człowiek nie przestaje zaskakiwać lekarzy, a co dopiero prawników. To, że ktoś popełnił przestępstwo, nie oznacza, że nie jest jednocześnie ofiarą. To, co mnie najbardziej dało do myślenia, to fakt, że przestępstwo popełnia się niejednokrotnie przypadkiem albo w sytuacji wyższej konieczności, a to oznacza, że przestępcą może być każdy z nas. Słowem – zbiór opowiadań von Schiracha to literackie wcielenie teorii względności. Kwintesencją opisu stanu faktycznego jest tytuł obrazu René Magritte'a „To nie jest jabłko”, mimo że właśnie doskonale znany nam owoc zajmuje przestrzeń niemal całego płótna. Zdaje się, że właśnie powszechny symbol grzechu jest kluczem do interpretacji tego tomu. Mocne, konkretne, ale tak samo jak okładka ascetyczne odniesienie do twórczości Magritte'a to tylko kolejny dowód na doskonałą konstrukcję tego zbioru opowiadań. Nic nie jest takie, na jakie wygląda na pierwszy rzut oka. To, że René malował przedmioty codzienne, nie oznacza, że nie był surrealistą. Jeżeli adwokat nie macha pędzlem i opiera się w swojej pracy na literze prawa, nie oznacza, że nie może, a nawet nie powinien używać swojej intuicji.
Patrz dalej. Wówczas na obrazie zobaczysz coś więcej niż jabłko.

Bohaterami opowiadań są prostytutki, dilerzy narkotyków, biznesmeni, wiolonczelistki i po prostu zwyczajni ludzie. Każde z opowiadań pokazuje, że droga do prawdy jest kręta i przedwczesne ferowanie wyroków jest zgubne. „Przestępstwo” to koronny dowód na to, że nic nie jest ani tylko białe, ani tylko czarne, a wina zawsze leży pośrodku. Prawo to constans, ale jednocześnie przestroga. Stanowią je przecież ludzie, a nikt nie jest nieomylny. Jednego dnia adwokat broni kata, innego dnia nie uda mu się uratować od kary niewinnego człowieka.

Zwraca uwagę rzetelne relacjonowanie przebiegu śledztwa, ale z chłodnym prawniczym dystansem profesjonalisty. Doskonałe tłumaczenie, wyzbyte ozdobników, oparte na syntetycznej narracji, wciąga i zdumiewa. Nie zaznamy patosu typowego dla adwokackich mów końcowych. Tylko zimne fakty i profesjonalna analiza. Von Schirach szokuje i zdumiewa, bo, mimo wielkiego doświadczenia, nigdy nie występuje z perspektywy wszystkowiedzącego. To nie tylko przykład doskonałej prozy. To również świadectwo imponującego warsztatu humanistycznego. I wcielenie prawniczej paremii: Advocatorum error litigatoribus non noceat – „Błąd adwokatów niech nie szkodzi stronom”.


Ferdinand von Schirach, Przestępstwo. Opowiadania, tłum. Jakub Ekier, W.A.B., Warszawa 2011.