Komu let's, temu go!
Blog gromadzi ulotne spostrzeżenia, które nachodzą nas przy porannej kawie. Czytamy, oglądamy, przysłuchujemy się, mierzymy, próbujemy porządkować. Qltywator ma być narzędziem, które przeczesuje dziki gąszcz zjawisk w kulturze i w przestrzeni miasta.
Opinie tylko subiektywne.
Dwie pary rąk śmiertelnych z zamiarem upamiętnienia.
Bierzcie na wynos.
Opinie tylko subiektywne.
Dwie pary rąk śmiertelnych z zamiarem upamiętnienia.
Bierzcie na wynos.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
sobota, 26 maja 2012
Świata errata
Dzisiaj wydaje się oczywiste, że 11 września jest datą graniczną, która wyznacza koniec pewnego humanistycznego etapu. Świat po traumie zmusił artystów do poszukiwania nowego języka – zresztą, nie pierwszy i (prawdopodobnie) nie ostatni raz. W przypadku masowych tragedii i zamachów łatwo wpaść w pułapkę tkliwości i kiczu. Kto by pomyślał, że właśnie Amerykanin znajdzie przekonujący sposób na opisanie świata, który się rozpadł?
Jonathan Safran Foer urodził się w 1977 r., a ma już na koncie kilkanaście istotnych nagród, jak Guardian First Book Award. Pochodzi z rodziny polskich Żydów z Podlasia, a w dobrze przyjętej u nas powieści „Wszystko jest iluminacją” udowadnia, że nawet słowiański system językowy to dla niego pretekst to udanych literackich eksperymentów. „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” (powieść wznowiona przez W.A.B. w związku z powstałą ekranizacją z Tomem Hanksem i Sandrą Bullock) jest kolejnym głośnym sukcesem młodego pisarza. Na pewno nie ostatnim.
Oskar Schell jest wynalazcą, astrofizykiem, aktorem szekspirowskim i wykonawcą biżuterii. Pacyfista, frankofil, archeolog amator i kolekcjoner zmarłych motyli ma dziewięć lat i wyjątkową misję. Od zamachu 11 września, w którym zginął jego ojciec, nie używa komunikacji miejskiej, dlatego pieszo przemierza ulice Nowego Jorku, przygrywając sobie dla odwagi na tamburynie. W gabinecie ojca znalazł tajemniczy klucz z napisem „Black”, dlatego uznaje, że odnajdzie wszystkie osoby w Nowym Jorku o tym nazwisku, żeby rozwikłać zagadkę, którą, jak wierzy, pozostawił dla niego wraz z kluczem ojciec. Towarzyszymy Oskarowi w jego wędrówce, poznajemy zapiski babci uratowanej z bombardowania Drezna i kolekcjonujemy ludzkie historie utraty z całego świata (jak sugestywnie językowo podana historia matki, której córka zginęła w wyniku ataku na Hiroszimę). Oskar zaskakuje odwagą stawianych pytań i świeżością spojrzenia. Logika dziewięciolatka momentami bawi, ale ostatecznie przeraża: dorosły czytelnik uświadamia sobie, że nie stać go już na proste i tym samym genialne rozwiązania. Do chłopca powoli docierają absurdy i frustrująca ludzka samotność wobec tragedii utraty kogoś, kogo się kocha. Ciągle jeszcze pielęgnuje w pamięci rozmowy z ojcem, ale prześladują go zapisane na sekretarce jego ostatnie telefony do domu i wizje rodziny przysypanej solą z odparowanych łez. Oskar odkrywa po kawałku bolesną prawdę o gatunku homo sapiens:
- Ludzie są jedynymi zwierzętami, które się rumienią, śmieją, mają religię, toczą wojny i całują się ustami. (…) A więc w pewnym sensie im więcej całujesz kogoś ustami, tym bardziej jesteś człowiekiem.
- A im chętniej toczy wojny?
Narracja z perspektywy dziecka porusza, przeraża i hipnotyzuje. Oscar próbuje uwierzyć na powrót w sens, zaklina czas i nową rzeczywistość z wielkim ubytkiem po dwóch wieżach i platońskich ideach. Nieustannie obmyśla jakieś innowacje: samochód, który ulega biodegradacji, znaczki pocztowe o smaku crĕme brűlée, ale także budynki bez wind, w których poruszają się piętra, żeby ułatwić ewakuację albo długie ambulanse, które łączą wszystkie budynki w mieście ze szpitalem. Fascynuje go zamarzający oddech na Syberii, migotanie ciał astralnych i misterny splot bransoletki, choć zaczyna do niego docierać, że nic nie jest jednocześnie piękne i prawdziwe. Ze szczytu Empire State Building widać krajobraz w promieniu 125 km, ale ten budynek ściąga też rocznie 5 tys. piorunów.
Kiedy umiera dawny świat, język również powinien umrzeć, dlatego zderzenie islamskiego fundamentalizmu z kapitalistyczną pychą znajduje swoje odzwierciedlenie w upadku, a w zasadzie wysadzeniu w powietrze tradycyjnej narracji. Szkatułkowość powieści, eksperymenty w warstwie graficznej tekstu i próba rekonstrukcji świata na kliku płaszczyznach imponują odwagą i świeżością ujęcia. Świetne fotografie i metafora Miejsca Nic doskonale oddają bezradność słów wobec ogromu zniszczeń, których sami jesteśmy przyczyną.
Powieść Foera opalizuje i tętni inteligentnymi i bezczelnymi pytaniami dziewięciolatka, których żaden dorosły nie chce nawet do siebie dopuścić. Okazuje się, że oto my, zdobywcy księżyca, stoimy w miejscu, a świat pędzi prosto na nas. Obecnie żyje nas na świecie więcej niż zmarło w całej historii ludzkości. Gdybyśmy wszyscy chcieli jednocześnie zagrać Hamleta, zabrakłoby czaszek.
Hipnotyzująca, ambitna i demaskująca ludzką niemoc powieść o potężnej sile rażenia. Foer to pirotechnik literatury.
Jonathan Safran Foer, „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, tłum. Zdzisław Batko, W.A.B., Warszawa 2012.
Etykiety:
11 września,
ekranizacja,
Guardian,
język,
Jonathan Safran Foer,
niesamowicie blisko,
ojciec,
powieść,
powieść eksperymentalna,
recenzja,
Strasznie głośno,
śmierć,
W.A.B.,
WTC,
Zdzisław Batko
czwartek, 29 grudnia 2011
Immanuel, I Kant...

Czy społeczeństwo bez chorób, infekcji, wrodzonych wad genetycznych to społeczeństwo idealne? Dokąd prowadzi pęd ku zachowaniu zdrowia psychicznego i fizycznego? Czy suplementy diety, bomby witaminowe, odżywki i ogólnokrajowe kampanie zdrowotne to znak troski o zdrowie obywateli, czy niezbity dowód na to, że wpadamy w tryby reżimu?
Klasyczna antyutopia. Społeczeństwo przyszłości, w którym priorytetem jest zachowanie zdrowia fizycznego. Każdy mieszkaniec jest zobowiązany wykonywać okresowe badania, ma w tym celu wszczepiony czip, który informuje o niewywiązaniu się z obywatelskich obowiązków, za co grozi proces lub kara zamrożenia. Mia Holl to przenikliwa i odważna biolog, której brat zostaje niesłusznie oskarżony o gwałt i morderstwo. Podobno badania DNA nie kłamią, ale Mia jest w stanie udowodnić, że jest inaczej. Samotnie staje w szranki z totalitarną METODĄ i chłodnym logicznym rozumowaniem. Świadoma konsekwencji epidemiologicznych, odważyła się wyciągnąć esencję z egzystencji bez pomocy laboratorium analitycznego.
„Prawdziwemu człowiekowi nie wystarcza istnienie, jeżeli oznacza ono bycie tu i teraz. Człowiek musi swojego istnienia doświadczyć. W bólu. W odrzuceniu. W porażce.” Antyutopia Juli Zeh bierze pod lupę pojęcie zdrowia, co wydawałoby się podwójnym absurdem gatunkowym. Bo czy może istnieć nieszczęśliwe społeczeństwo, któremu nie zagrażają Legionelle, bakterie E.coli i grzyby? Zaprogramowane na nieskażoną defektami prokreację i konsekwentne pomnażanie zdrowych genów? Zeh pokazuje, że taki świat byłby dla nas koszmarem. Człowiek ma prawo dążyć do dobrego społecznego i fizycznego samopoczucia, ale ma prawo także go sobie odmówić. Demokratyczne państwo ma z kolei obowiązek taki wybór uszanować. Brak doświadczenia własnej śmiertelności neguje pojęcie człowieczeństwa. Zaniżony potencjał infekcyjny nie oznacza wcale szczęścia i spełnienia. Człowiek to coś więcej niż ciało, choć to dzięki niemu jesteśmy do siebie podobni. To ono jest dla nas narzędziem poznania i doświadczenia, a, co za tym idzie – również myśli. Ta z kolei może przekroczyć wszelkie granice i, co oczywiste, może stać się bardziej niebezpieczna niż niejedna bakteria. Człowiek ma być celem samym w sobie, a nie środkiem do celu - Kantowskie złote myśli, rzekomo dla nas współcześnie oczywiste, w wyzbytej mikroorganizmów przestrzeni powieści Zeh brzmią bardzo donośnie. Imponująca wiedza prawnicza i doskonałe przygotowanie naukowe to niekwestionowane atuty tej książki.
Sterylne, konsekwentne studium cierpienia, osamotnienia i rozpaczliwych prób ochrony ludzkiej godności. Powieść nie przeraża tak, jak dzieła Orwella albo Goldinga, ale niesie ze sobą bardzo istotne przesłanie dla naszych czasów. Śmierci nie uciekniemy i życie polega na jej akceptacji.
Juli Zeh „Corpus delicti. Proces”, przeł. Sława Lisiecka, Warszawa 2011.
poniedziałek, 19 września 2011
Bicycle Bicycle, You Are My Bicycle... Rowerem przez miasto
Ciekawa rzecz. Zagęszczenie rowerzystów na metr kwadratowy polskiej ulicy ciągle wzrasta i to wprost proporcjonalnie do spadku temperatury. Im głębiej w jesień, tym większa szansa na zostanie przejechanym, najechanym lub zaledwie lekko potrącanym przez krzepkiego ostrokołowca, fankę holenderki, czy klasycznego „górala”.
Znalezienie kilku co najmniej przyczyn, wyjaśniających taki stan rzeczy, nie jest trudne. Rowery są tańsze i wygodniejsze w utrzymaniu niż samochody. Często, w niekorzystnych warunkach miejskiej dżungli, o wiele od nich szybsze. Z pewnością bardziej ekologiczne od najwymyślniejszej hybrydy i, rzecz oczywista, posiadające cudowną moc utrzymywania naszej kondycji na stałym, wysokim poziomie. Poza tym, są podstawowym narzędziem badawczym każdego intelektualisty, aktywisty, miłośnika kultury miejskiej, o czym szerzej za moment, i, last but not least, są po prostu szalenie modne.
| "Dzienniki rowerowe" David Byrne |
W ostatnich miesiącach sztandarową lekturą miejskiego rebelianta stały się wydane nakładem Wydawnictwa W.A.B. „Dzienniki rowerowe” Davida Byrne'a (dla niezorientowanych – współzałożyciela kultowego Talking Heads). Chwała temu, komu od razu nasuwa się skojarzenie z kultowymi „Dziennikami motocyklowymi” Che Guevary.
Narzędziem Byrne'a do zyskania poczucia rozwiewającej włosy wolności stał się właśnie rower. Od ponad trzydziestu lat poznaje świat z perspektywy „dwóch kółek, szybszych niż spacer i wolniejszych niż pociąg, ze wzrokiem nieco ponad poziomem oczu przeciętnego śmiertelnika (...)”. Ponieważ na co dzień mieszka i pracuje w Nowym Jorku, należą mu się słowa uznania za odwagę i pionierskie podejście do sprawy, gdyż poszatkowane autostradami metropolie amerykańskie nie zachęcają w jakiś szczególny sposób do poznawania ich z perspektywy innej, niż zza szyby samochodu. Uzależnienie muzyka od roweru ma wszelakie znamiona (budzącego raczej podziw niż niepokój) ryzykanctwa.
Kultura miejska jest jednym z najważniejszych elementów jego prywatnego świata, źródłem cennych przemyśleń i inspiracji twórczych, rower – narzędziem do ich zbierania. Dlatego, wyruszając w którąkolwiek ze swoich licznych podróży, nigdy nie zapomina o spakowaniu do walizki składanej wersji ulubionego pojazdu. W „Dziennikach rowerowych” dzieli się swoimi wrażeniami z Berlinu, Stambułu, Buenos Aires, Manili, Sydney, Londynu i miast amerykańskich: San Francisco, Nowego Jorku i innych. Rower daje mu swobodę wyboru własnej trasy, pozwala poznać miasto od podszewki, zaznajomić się z jego mieszkańcami, zapuścić w zakątki niedostępne dla komunikacji miejskiej oraz nieuwzględnione w przewodnikach turystycznych. Po prostu raj dla człowieka z żyłką odkrywcy.
Jednocześnie Byrne dzieli się swoimi przemyśleniami dotyczącymi antropologii i różnic kulturowych, redefiniując pojęcie przewodnika i zmuszając do przyjrzenia się nowoodwiedzanym miejscom w sbosób nieszablonowy. Zwraca uwagę na przeszłość Berlina Wschodniego, na problem nastawionej głównie na przemysł samochodowy urbanistyki Stanów Zjednoczonych, na polityczno-społeczne perturbacje na Filipinach. Rower staje się ikoną, mobilnym laboratorium.
Od Tokyo aż po Madryt wirus rowerowy zbiera gigantyczne żniwo ofiar, które połknęły rowerowego bakcyla. Spokojna głowa, Polski ta impreza nie ominęła. Jak grzyby po deszczu pojawiają się coraz bardziej wyspecjalizowane sklepy z akcesoriami. Oferują m.in. kaski, ramy, opony, designerskie koszyki. Na porządku dziennym są także wypożyczalnie rowerów, z których każdy szanujący się, lecz pozbawiony jednośladu trendsetter, obowiązkowo powinien skorzystać. Modny rower to rower minimalistyczny, pozbawiony gadżetów, hamulca (o tak!), w wersji hardcore'owej także siodełka. Najlepszym dodatkiem do roweru jest człowiek miejski (homo cittadinus), z czym wiąże się drobiazgowo wystudiowany wizerunek. Dlatego pod karą ostracyzmu zabronione jest wsiadanie na ww. środek lokomocji w getrach i koszulce lidera. Po inspiracje warto udać się tu (pośpieszcie się, póki jest jeszcze w miarę ciepło!) lub tutaj i skomponować własny outfit, lub pójść na łatwiznę i wybrać się wieczorową porą (pogoda nie gra roli) na Plac Zbawiciela. Jednak, jeżeli ktoś spragniony jest głębszych doznań, ceni sobie działania ideologicznie poparte i uwielbia wyzwania, polecam zapoznanie się z definicją ostrokołowca zaproponowaną w książce „Wyż nisz” Bartka Chacińskiego.
sobota, 17 września 2011
Język głodu

„Zaplecze” to nie tylko powieść o anoreksji. To doskonałe, misternie skonstruowane i brawurowo językowo rozstrzygnięte studium ludzkiej niemocy. Syrwid pod lupą przygląda się chorym, skażonym międzyludzkim relacjom przeciętnej polskiej rodziny i rozkłada na czynniki pierwsze patogenezę choroby społecznej.
Poznajemy Klarę jako kilkuletnią dziewczynkę. Ojciec jest tyranem, matka prezentuje pochodną postawy bierno-zależnej. Ojciec zmusza dziewczynkę do jedzenia, wciskając jej twarz w breję z mieszaniną pierwszego i drugiego dania. Odtąd jedzenie będzie ją prześladować. Kontrolowane trawienie w przedszkolu, chora relacja z koleżanką-szantażystką o zapachu bułki z polędwicą, wakacje z dysfunkcyjną babcią w kolorze piwno-kiełbasianej mazi. Sama autorka zauważa, że w jej powieści wszyscy mają anoreksję: cierpią z ciągłego niedoboru pieniędzy, miłości, uwagi, a rekompensują to magazynowaniem przedmiotów na pokaz, jak święte obrazki na telewizorze.
Truizmem byłoby powiedzieć, że anoreksja to choroba spowodowana narzuconym schematem estetycznym współczesności. Klara Wiśniewska nie choruje z powodu potrzeby spełnienia oczekiwań otoczenia. Manekin jawi się jej jako Pigmalion, niedościgniony estetyczny wzór piękna i czystości. Jest idealny, bo nie można go zmienić: zastygły w swojej doskonałości, jak zakrzepły i niedowcielony czas dzieciństwa, który próbuje ciągle wskrzesić w swoim życiu Klara.
„Zaplecze” ostrze krytyki kieruje przede wszystkim w stronę dorosłych, a nie w stronę krwiożerczego konsumpcjonizmu. To dysfunkcyjna rodzina jest winna dramatowi dziewczyny, która ze stygmatem choroby każdego dnia powoli odchodzi i, bez względu na podjęte działania terapeutyczne, nie będzie w stanie wyzwolić się z jej okowów. Tak jak okowów komuny dotąd nie są w stanie zrzucić niektóre polskie rodziny, bo system spętał umysły na pokolenia. Podłożem uczucia głodu jest tu nie tylko niedobór życiodajnych składników odżywczych, ale przede wszystkim obniżenie stężenia uwagi, empatii i rodzicielskiej odpowiedzialności aż do całkowitego ich zaniku. Klara ukrywa swoją chorobę, a jednocześnie próbuje głośno krzyczeć, rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę i wywalczyć prawo do wolności.
Syrwid stworzyła nowy język nie tylko na potrzeby tej powieści. Język głodu, pragnienia, powolnego gaśnięcia, atrofii potrzeb i jednocześnie heroicznej walki. Mówi jednocześnie Klara i „zaplecze Klary”: głos obserwatora i analityka, boleśnie i dokładnie badający każde włókno nerwowe choroby.
Marta Syrwid bodaj jako pierwsza w naszej literaturze unika ucieczki w banał i rozpaczliwe ustępy o rozpaczy i samotności. Klara nie mówi o samotności, tylko ją udowadnia. Narracją suchą, zimną jak chirurgiczna stal, językiem porwanym jak pojedyncze szarpnięcia bólu, jak piekąca fala soków trawiennych sumienia. Język hipnotyzuje i wciąga, na początku czytelnik go nie rozumie, broni się przed nim, a jednak zrezygnować z niego w żaden sposób nie może. Narracja oddaje samonakręcającą się spiralę choroby, poszukiwania wyjścia z przestrzeni niemożliwej do pokonania. Im bardziej łaknie wolności, tym bardziej się nią dławi.
Anoreksja to nie tylko choroba duszy i nieustająca potrzeba katowania ciała przez skrupulatną kontrolę. To przede wszystkim dążenie do oczyszczającej doskonałości wokół siebie: perfekcjonizm w wypełnianiu obowiązków, idealna pod względem estetycznym przestrzeń wokół, najlepsza uczelnia, najlepsze wyniki: „jeśli przestanę być ambitna, przestanę się odchudzać”.
Nazwisko Marty Syrwid swego czasu zrobiło sporo zamieszania w polskiej literaturze. Nazywana „drugą Masłowską” i określana mianem „najgorętszego ciała polskiej literatury” zdaje się rozsadzać swoim talentem wszystkie na siłę narzucone ramy. Myślę, że najwyższy czas zaznaczyć, że Syrwid nie jest żadną „drugą”. To pierwszy tego typu głos w naszej literaturze. A, co ważniejsze, zaskakująco dojrzały (to rocznik '86!). Już w listopadzie nowa powieść Syrwid pt. „Bogactwo”. Podobno jeszcze lepsza i bardziej celna.
Dla wszystkich spragnionych wymagającej literatury lepiej będzie, jak zapamiętają to nazwisko.
Marta Syrwid, "Zaplecze", W.A.B., Warszawa 2009.
piątek, 5 sierpnia 2011
Prawo szczególne uchyla ogólne.
Ten niepozorny zbiór opowiadań winni przeczytać przede wszystkim ci, którzy uważają prawników za odmóżdżonych karierowiczów i łowców łatwych pieniędzy. Ferdinand von Schirach świadomym czytelnikom skutecznie udowadnia, że zawód prawnika wymaga nie tylko potężnej wiedzy psychologicznej, ale i umiejętności poszukiwania półtonów i anielskiej cierpliwości w docieraniu do prawdy.
Jakiż los bywa złośliwy. Dziadek Ferdinanda von Schiracha był wysokim funkcjonariuszem III Rzeszy odpowiedzialnym m. in. za deportację Żydów. Wnuk został prawnikiem i zasłynął spektakularną obroną enerdowskiego polityka, Güntera Schabowskiego, który, przez przypadek bądź przy wykorzystaniu machiavellicznego chwytu, przyczynił się do upadku muru berlińskiego. Sprawa jest arcyciekawa, dyskusyjna i doskonale pasuje do profilu tematycznego opowiadań adwokata. Czytelnik w pełni daje wiarę niesamowitym opowieściom z praktyki zawodowej wziętego obrońcy, w których, co tu dużo mówić, nic nie jest takie, na jakie z pozoru wygląda. Każdy przypadek wymaga wnikliwej analizy i oddzielnego rozpatrzenia. Tam, gdzie są ludzie, nie istnieje coś takiego, jak „książkowy przykład”.
W niewielkiej książeczce tkwi siła rażenia potężnej bomby. To nie kryminał, choć traktuje o najbardziej krwawych zbrodniach. Nie ma tu przesadnie drobiazgowych opisów przestępstw, ale niejednokrotnie podczas lektury przejdą nam po plecach ciarki. Znajdziemy tu i przykłady kanibalizmu („Miłość”), i morderstwa z pozoru „w obronie koniecznej” („Obrona konieczna”), które okazują się morderstwami z zimną krwią, nie brakuje też niebezpiecznych wycieczek w mroczne sfery hipokampa i ciała migdałowatego („Cierń”). Motywacja niejednokrotnie nie jest tutaj tożsama z winą, a, bez względu na zdobyte doświadczenie zawodowe, człowiek nie przestaje zaskakiwać lekarzy, a co dopiero prawników. To, że ktoś popełnił przestępstwo, nie oznacza, że nie jest jednocześnie ofiarą. To, co mnie najbardziej dało do myślenia, to fakt, że przestępstwo popełnia się niejednokrotnie przypadkiem albo w sytuacji wyższej konieczności, a to oznacza, że przestępcą może być każdy z nas. Słowem – zbiór opowiadań von Schiracha to literackie wcielenie teorii względności. Kwintesencją opisu stanu faktycznego jest tytuł obrazu René Magritte'a „To nie jest jabłko”, mimo że właśnie doskonale znany nam owoc zajmuje przestrzeń niemal całego płótna. Zdaje się, że właśnie powszechny symbol grzechu jest kluczem do interpretacji tego tomu. Mocne, konkretne, ale tak samo jak okładka ascetyczne odniesienie do twórczości Magritte'a to tylko kolejny dowód na doskonałą konstrukcję tego zbioru opowiadań. Nic nie jest takie, na jakie wygląda na pierwszy rzut oka. To, że René malował przedmioty codzienne, nie oznacza, że nie był surrealistą. Jeżeli adwokat nie macha pędzlem i opiera się w swojej pracy na literze prawa, nie oznacza, że nie może, a nawet nie powinien używać swojej intuicji.
Patrz dalej. Wówczas na obrazie zobaczysz coś więcej niż jabłko.
Patrz dalej. Wówczas na obrazie zobaczysz coś więcej niż jabłko.
Bohaterami opowiadań są prostytutki, dilerzy narkotyków, biznesmeni, wiolonczelistki i po prostu zwyczajni ludzie. Każde z opowiadań pokazuje, że droga do prawdy jest kręta i przedwczesne ferowanie wyroków jest zgubne. „Przestępstwo” to koronny dowód na to, że nic nie jest ani tylko białe, ani tylko czarne, a wina zawsze leży pośrodku. Prawo to constans, ale jednocześnie przestroga. Stanowią je przecież ludzie, a nikt nie jest nieomylny. Jednego dnia adwokat broni kata, innego dnia nie uda mu się uratować od kary niewinnego człowieka.
Zwraca uwagę rzetelne relacjonowanie przebiegu śledztwa, ale z chłodnym prawniczym dystansem profesjonalisty. Doskonałe tłumaczenie, wyzbyte ozdobników, oparte na syntetycznej narracji, wciąga i zdumiewa. Nie zaznamy patosu typowego dla adwokackich mów końcowych. Tylko zimne fakty i profesjonalna analiza. Von Schirach szokuje i zdumiewa, bo, mimo wielkiego doświadczenia, nigdy nie występuje z perspektywy wszystkowiedzącego. To nie tylko przykład doskonałej prozy. To również świadectwo imponującego warsztatu humanistycznego. I wcielenie prawniczej paremii: Advocatorum error litigatoribus non noceat – „Błąd adwokatów niech nie szkodzi stronom”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
